08 sierpnia do 15 sierpnia 2021 Słodko-gorzka Grecja

Blog ortodoksyjnego optymisty, pełen jego pasji i niezmąconej chęci do życia

08 sierpnia do 15 sierpnia 2021 Słodko-gorzka Grecja

Wiem, iż Grecja w samym środku lata, to kierunek który może się wielu wydawać niekoniecznie roztropny, ale tym razem urlop MŻ musiał się zgadzać z moim wyjazdem do sanatorium. Nie ma tego złego, ponieważ w tym samym czasie urlop miał Karol, więc już wypróbowaną ekipą mogliśmy wyruszyć na podbój Hellady 🙂 Nasz wybór nie padł tak, jak u większości turystów na jedną z „cudownych” wysp, bo te, może i urocze, ale z pewnością nie mniej oblegane. Z tą Grecją zresztą było tak, że od jakiegoś już czasu przewijała się ona w naszych myślach i planach, ponieważ ani ja, ani MŻ w tym kraju nie mieliśmy okazji się znaleźć. W tygodniu poprzedzającym nasz wylot, pojawiły się w Grecji liczne pożary, lecz szczęściem w nieszczęściu, nie w tych okolicach, które były naszymi celami.

Polecieliśmy do Aten i choć u nas w sierpniu zwykle zimno nie jest, ale tam było jeszcze cieplej, tj. 37 stopni 🙂 🙂 🙂 Ja wysokich temperatur się nie lękam, ba, nawet zdecydowanie je lubię, więc gorąc, jaki zaatakował po wyjściu z lotniska, dla mnie był więcej niż ok. Tutaj maleńka dygresja – te liczne pożary wyraźnie było widać z samolotu 🙁 Z lotniska bez problemu odnaleźliśmy autobus do miejsca naszego stacjonowania i to niestety był chyba jedyny pozytyw, co do autobusów, z jakim tam się spotkaliśmy. Na co dzień bowiem wyglądało to tak, że po pierwsze: autobusy jeździły mega niepunktualnie i o ile u nas też można się spotkać z tym, że przyjeżdża spóźniony o 15 minut, ale tam pomimo istniejącego rozkładu jazdy, najczęściej pojawiał się dużo przed czasem, więc wyczuć tego schematu nijak się nie dawało :(. Po drugie: stan techniczny autobusów był, lekko mówiąc, daleki od ideału i tak na przykład zdarzyło się nam jechać kilka przystanków z otwartymi drzwiami 🙁 Po trzecie: kierowcy najczęściej nie są skorzy do pomocy. I w końcu po czwarte: zatrzymują się tak, jak im się podoba, czyli najczęściej z dala od krawężnika albo tak, że zarówno wysiadający, jak i wsiadający muszą manewrować pomiędzy śmietnikiem ustawionym na środku chodnika, wiatą, a nierzadko jeszcze jakimś słupem bądź znakiem. Szok, szok, szok i totalna masakra! I choćby z tego powodu tytuł brzmi słodko – gorzka Grecja… Z drugiej strony Ateny mają metro i to w pełni dostosowane, lecz rzecz jasna nie wszędzie nim się da dojechać. My wyobrażaliśmy sobie to tak, że skoro w tym mieście odbywała się olimpiada, a co za tym idzie również paraolimpiada, to że powinno być w miarę ok, lecz niestety nie było. Kiedyś zwiedzając czeską stolicę wydawało nam się, że odnośnie niedostosowania już chyba gorzej być nie może, a tu okazało się, że byliśmy w błędzie. W Pradze były chociaż zjazdy z wysokich krawężników, a w Atenach z tym jest mocno słabo.

Jako pierwszą rzecz do zobaczenia wybraliśmy antyczne wzgórze Akropol i wcześniej z pomocą internetu zebraliśmy sporo czarnych informacji, czyhających na „niepełnosprytnych” w tym miejscu. Dodatkowo istniała cały czas opcja, że Akropol może zostać zamknięty dla zwiedzających, z powodu gigantycznych upałów. I tu zacytuję klasyka: „co wom powim, to wom powim, ale wom powim:” ciepłooooo. Na sam Akropol dotarliśmy, brrrr – autobusem oraz metrem i już na miejscu, poza mega chaosem informacyjnym było dużo lepiej, niż straszyły „internety” :). Pan siedzący w informacji wiedział, że coś wie, ale z ustaleniem konkretów było trudno, więc skorzystał z telefonu i też niewiele się dowiedział. Na szczęście MŻ w takich sytuacjach nie traci zimnej krwi, więc obeszliśmy kolejkę i wszystkiego co trzeba dowiedzieliśmy się u sprzedających bilety (my ich nie potrzebowaliśmy 🙂 🙂 🙂 ). Ruszyliśmy pod górę, po drodze uzyskując informację, że tam gdzieś dalej powinien być busik, który pomoże nam wyjechać niemal na sam szczyt. Szliśmy, szliśmy, aż rzeczywiście ukazał się busik o napędzie elektrycznym i sporą część trasy udało się nam podjechać (na videoblogu z którego czerpaliśmy wiadomości o niedostępności Akropolu dla „niepełnosprytnych” nic o tym mowy nie było, więc to zdecydowanie miła niespodzianka 🙂 ). Tym busikiem podjechaliśmy pod ogromną, pionową ścianę, a tam z kolei czekała na nas winda i to nawet klimatyzowana 🙂 🙂 🙂 Windą w górę potem jeszcze trochę podjechaliśmy i … yes, yes, yes! Staliśmy na szczycie Akropolu 🙂 🙂 🙂 Tę chwilę zdecydowanie zapamiętam, jako wyjątkową w skali mojego życia, choć już niemal nie miałem wątpliwości, że w Grecji nie uda się zakochać bez reszty, tak jak to miało miejsce na Malcie. Samo wzgórze Akropol i liczne z niego widoki robią mega wrażenie, choć niestety większość wciąż i wciąż nie jest odbudowana, ale i tak to, co tam jest, pozwala poczuć namiastkę tego, z jak wielką tu niegdyś miano do czynienia cywilizacją. Żar nieustannie lał się z nieba, ale na szczęście wszędzie tutaj był dostęp do wody z kranu, a ta w pełni nadawała się do picia. Duży plus, ponieważ na Malcie każdą butelkę wody trzeba było kupować. Na dziś to tyle, ciąg dalszy nastąpi. https://www.facebook.com/permalink.php?story_fbid=4320534164659219&id=100001080338679

Połknięte lektury: Daniel Glattauer „W matni”; Peter Clement ” Stan krytyczny”; Steve Berry „Czternasta kolonia”.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *