Blog

Blog ortodoksyjnego optymisty, pełen jego pasji i niezmąconej chęci do życia

19 czerwca 2021 Coś więcej niż weekend

Cytując klasyka: „co Wam powiem, to Wam powiem” – ciepłoooo 🙂 Już piątek był super, a dowodem na to wieczorny spacer z MŻ i Wieną. Sobota jeszcze lepsza, bowiem zaczęliśmy od jubileuszowej wiślackiej mszy w Kościele Mariackim, potem lody i w Gorce oraz wspólny audiobook. Na miejscu zdecydowanie łatwiej było oddychać, więc spacer aż do zachodu słońca. Ciepła, piękna noc czerwcowa, a w Sewilli nasi, daj Boże, uzyskali „zwycięski remis” 🙂 🙂 🙂 Można było więc otworzyć piwooooo. Niedziela bez pośpiechu, MŻ z lekturą i ja z lekturą, trochę wierszy i znów spacer. Pokrótce: wilk syty i Manchester City.

https://www.facebook.com/permalink.php?story_fbid=4175336169179020&id=100001080338679

Było super, dziękuję. Poniedziałek zaś zaczęła się ostra jazda na rehabilitacji, był ból, był pot, łez nie stwierdzono 🙂 🙂 🙂 I jeszcze na deser 18.30 na stadionie KS Borek mecz charytatywny oldboyów i zbiórka funduszy na operację Kubusia.

Połknięte lektury: Janusz L. Wiśniewski „Miłość i inne dysonanse”, Donald Tusk „Szczerze”, Vladimir Nabokov „Lolita. Część 1”.

10 czerwca 2021 Kulturalne odmrożenie

W końcu nadszedł ten dzień, że pora „opuścić bunkier”. Co prawda moje pierwsze „wyjście do ludzi” miało miejsce w Gliwicach, ale to wiadomo – otwarta przestrzeń i zgoła inne emocje, wówczas po pierwszej dawce szczepionki. Teraz dzień dawki drugiej zbiegł się z koncertem „Dobrze mi” – nam znanego i lubianego Przemka Wróblewskiego. Fantastyczną sprawą było spotkanie z osobami, z którymi kontakt od przeszło roku ograniczał się tylko do Facebooka 🙁 Ekscytacja i napięcie było odczuwalne zarówno u bohatera wieczoru, jak i u prowadzących. Z mojej perspektywy wyglądało zaś tak, że po pierwszych trzech utworach byłem już „u siebie”. Luz, blues i w pełni dałem się porwać Przemkowi, bo nie uwieźć, gdyż szczęśliwie towarzyszyła mi MŻ 🙂 🙂 🙂 Nieco wcześniej moja twórczość w sposób zawiły, lecz niepozbawiony sensu została zapleciona w twórczość Przemka, a wspólnym mianownikiem stała się osoba Michała Gasza z którym z kolei połączył mnie almanach pt. „Grzechy niepopełnione”. Okazało się, że czas pandemiczny Przemek też wykorzystał twórczo i, jak to zwykle u niego bywa pojawiło się kilka anegdot, łączących go z Robertem Kasprzyckim, a na deser piosenka do słów Kasprzyckiego. Tekst powstawał na polanie i w schronisku pod Babią Górą, więc jest miły, łatwy i przyjemny, choć pozostawia niemałe pole do interpretacji. Już po koncercie szereg rozmów kuluarowych, o sztuce i nie tylko, a my pozwoliliśmy sobie jako „zaszczepieńcy” (i nie mylić z odszczepieńcami) na uścisk w stylu misiaczkowym. Wtedy też przytoczyłem moje słowa pod adresem Przemka, że jak już „opuszczać bunkier”, to zdecydowanie jego koncert jest jednym z lepszych pomysłów. Było miło i pozostaje mieć oooooooooooogromną nadzieję, że tym razem powrót do NORMALNEGO ŚWIATA nie jest chwilowy.

https://www.facebook.com/permalink.php?story_fbid=1914991892010632&id=100004995196054

https://www.youtube.com/watch?v=3jEVmtNqGHM

W piątek po skończonej pracy MŻ wypad w Gorce, pogoda choć słoneczna, temperaturowo nie rozpieszczała i tym razem chyba najwięcej uciechy miała nasza Viena 🙂 🙂 🙂

Połknięte lektury: Marek Niedźwiedzki „Radiota”, Anna Karnicka „Sprawa Klary B.”, Manuela Gretkowska „Trans”.

09 czerwca 2021 Spojrzeć wstecz „łatwa” rzecz

Już od dawien dawna zaplanowaliśmy z MK, że po powrocie z Zakopanego wybierzemy się do Wiednia, a dodatkowym argumentem był koncert filharmoników wiedeńskich w parku Pałacu Schӧnbrunn :):):). Zapakowaliśmy się do Polskiego Busa i w drogę. Po kilku godzinach byliśmy już w słonecznym Wiedniu. Bez zbędnych szczegółów – dotarliśmy do mieszkania, ogarnęliśmy się i w miasto, a kulminacją tego dnia był wspomniany już koncert. Było bajecznie: muzyka, atmosfera i otoczenie – to wszystko po prostu piękne. Koncert kończyło genialne „Bolero” Ravela, a na bis był Can Can połączony z pokazem sztucznych ogni, zajefajnie:):):).

Byliśmy, zwiedziliśmy i zobaczyliśmy wszystko to, na czym nam zależało, a ja pomimo tego, iż w Wiedniu byłem wiele razy, to takiego go jeszcze nie oglądałem i długo, długo nie zapomnę.

Ogrody, parki, pałace, naddunajskie kanały, muzea, kościoły, wesołe miasteczko, itd., itp. – było cudnie, dziękuję:).

Ps. Udało mi się na ten czas zamówić genialną pogodę:).
10-08-2016

W ubiegłym roku wybraliśmy się z MK do Wiednia między innymi na plenerowy koncert w ogrodach Schonbrunn filharmoników wiedeńskich. Byliśmy oczarowaniu koncertem no i Wiedniem rzecz jasna też, więc już w ubiegłym roku powstał pomysł, aby za rok to powtórzyć, i się udało :))).

W dużym skrócie cały wyjazd OK https://www.facebook.com/photo.php?fbid=1407997765912888&set=pcb.1408004272578904&type=3&theater ale jak to w życiu bywa wszystko się może zdarzyć :))). W mojej opinii ubiegłoroczny koncert był odrobinę lepszy, ale za to walc – Wiedeńska krew – rozbrzmiewa w moich uszach po dzień dzisiejszy :). Super było też to, iż udało się odwiedzić miejsca nam jeszcze nieznane tj. muzeum Albertina https://www.wien.info/resource/image/291850/19×10/1200/630/a02a538afac028660de1c91c82f6edfd/Sl/50731-albertina-aussenansicht.jpg

i zajefajne wiedeńskie oceanarium – szczerze polecam. Tym razem też skorzystaliśmy z zaproszenia i pojawiliśmy się na późnym obiedzie u Basi. Cudowna życzliwa kobieta, a późno obiad potrwał niemal do 22:30 :))), ale było warto i na pewno jeszcze nie raz się spotkamy.

Połknięte lektury:

Dean Koontz: Mąż, Marta Guzowska: Ofiara Polikseny, Dan Brown: Kod Leonarda Da Vinci, Wilbur Smith: Okrutna sprawiedliwość.
26.06.2017

Nie zagłębiając się w statystykę, ale nie po raz pierwszy, ani drugi, wybraliśmy się z MĹ» w podróż do Wiednia. Celem nadrzędnym był coroczny koncert filharmoników wiedeńskich w magicznych ogrodach Schӧnbrunn. Po nienajszybszym ogarnięciu się :), autobusem wyruszyliśmy na koncert, nie ukrywam iż z duszą na ramieniu, bo kolory nieba wiszące nad nami, ani powtarzające się od wielu dni prognozy nie napawały optymizmem, ale co tam: magia też wymaga poświęceń :). Już na wejściu czekały nas zmiany, ponieważ służby porządkowe poprosiły nas o okazanie biletu lub stosownej legitymacji. Wprawdzie stosownej legitymacji nie było, ale pan rzucił okiem, uśmiechnął się, powiedział poprawnie: „Polska” i skierował na właściwe miejsce. Koncert zdecydowanie na plus: począwszy od Szopena, poprzez Straussa, na Gershwinie kończąc – choć wykonanie tego ostatniego nie powaliło mnie na kolana, ale chyba nic dziwnego, skoro siedziałem na wózku :). Podsumowując, muzycznie jeden z lepszych koncertów na których byliśmy w Schӧnbrunn. Jakby jeszcze na finał, tak jak kilka lat temu, wybrzmiało „Bolero” Ravela, to już byłby miód, cud i orzeszki, a tak to zabrakło orzeszków.

Opuszczając ogrody już żegnały nas błyskawice i pomruki z góry, ale co najmniej jedno z nas dwojga urodziło się w czepku i już. Doszliśmy do autobusu i w drogę, poprzez totalnie zalany Wiedeń…dojechaliśmy do siebie, dookoła mega kałuże, ale z góry ani kropli, więc coś więcej niż czepek musiało nam pomagać. W miarę szybka kolacja z Basią i lampką wina i do spania, bo nazajutrz plany więcej niż ambitne. Powitało nas piękne słońce i tak zaczęliśmy od Katedry świętego Szczepana https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/thumb/d/dd/Wien_-_Stephansdom_%281%29.JPG/1200px-Wien_-_Stephansdom_%281%29.JPG

i jej zacnych okolic, potem przez Bramę Anioła, https://img.redro.pl/fototapety/brama-wjazdowa-do-zamku-belvedere-w-wiedniu-austria-400-82984216.jpg

koło Biblioteki Volksgarten i tam spędziliśmy sporo czasu zachwycając się roślinnością i dobrze bawiąc z kurtynami wodnymi i nawadniającymi wężami :). Potem na mini pole lawendowe, uzupełnienie lodowatej wody pod Biblioteką i do Schmetterlinghaus https://i.pinimg.com/originals/97/0e/58/970e58a33507e260ca226d5c2f1e3e29.jpg i Palmiarni po ziarenka nowych palm, bo autor tego tekstu palmę w głowie ma i już. Co więcej jest to nieuleczalne i dobrze. Krótka wizyta w Kościele świętych Piotra i Pawła https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/4/48/Wien.Peterskirche03.jpg, to i owo w ścisłym centrum i z powrotem do mieszkania. Nazajutrz z Basią umówiliśmy się na odwiedzenie pobliskiego targowiska, ale o zgrozo, dojazd był krótki lecz pociągiem. Bez powiadamiania maszynisty ledwo do niego udało się wsiąść, ale po dojeździe do celu niemal z niego wypadłem, ponieważ jak zbyt wiele osób chce pomóc, a niekoniecznie wie jak, to bywa z tym różnie 🙂 🙂 🙂 Pogoda sprzyjała, więc udało się też nam odwiedzić kościół niemal za miastem, autorstwa Otto Wagnera https://www.wien.info/resource/image/302306/3×2/800/533/98d11d5e5678d834690b656c91aa4349/Gq/kirche-am-steinhof-50230.jpg i położony nieco niżej, nieco opustoszały kompleks szpitalny. Usytuowanie i architektura: naprawdę duże WOW! Kolejnego dnia pogoda niestety wreszcie zaczęła się sprawdzać :). Ale co tam! Z Basią pojechaliśmy na zamek Wilhelminenberg, https://pix10.agoda.net/hotelImages/503/50376/50376_121022181653838.jpg?s=1024×768 a tam Basia uraczyła nas opowieściami o spędzanych tam imprezach sylwestrowych 🙂 Potem obiadek i znów w miasto po znanych nam z wcześniejszych pobytów zakątkach: pod operę, https://nawakacje.eu/wp-content/uploads/2021/02/Opera-Wiedenska-ciekawostki.jpg galerię Albertina, okolice Uniwersytetu Wiedeńskiego https://lh3.googleusercontent.com/proxy/JwZJaPI7ZNCOaw7XMyylclitghgR8I9_P4l27WackV5HDNp1unZ0KcaibGYeol-9kxWAUDB-lvCGG-2UMhzp-364ROj4xA i przez dzielnicę żydowską, pod jedyną synagogę z XIX wieku, która przetrwała wojenną zawieruchę… do uroczego kościoła św. Ruprechta https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/thumb/a/a3/Wien_-_Ruprechtskirche.JPG/180px-Wien_-_Ruprechtskirche.JPG. Parę kroków nad brzegami Dunaju, niemal sprintem jeszcze pod katedrę, małe zakupy, bo czas do domu. Było intensywnie, ale cudnie i jak zawsze w Wiedniu było wartoooooo.

Połknięta lektura: Zygmunt Miłoszewski „Domofon”.
27.06.2019

01-06 czerwca 2021 Gorce pachnące

Faktem jest, że od 1-go czerwca obowiązuje już meteorologiczne lato. Hmmm, tylko tak jakoś się składa, że o ile zima była zimą i w końcu po wielu latach wiosna się pojawiła, to niestety pogodowo nie rozpieszczała. mimo wszystko uważam, że na szczęście nie mamy na to wpływu, bo znając ludzką naturę zaraz zaczęlibyśmy majstrować, a tak, to „tsza brać”, co nam serwują 🙂 Z MŻ niby od jakiegoś czasu szykowaliśmy się na dłuższy pobyt w Gorcach, ale co najmniej z kilku powodów „szału nie było”, aż tu razu pewnego spacerujący Elf znalazł wystraszoną, wyziębioną, malutką sunię i wszystkie puzzle wskoczyły na odpowiednie miejsca 🙂 🙂 🙂 W związku z super decyzją Zuzy i Amadeusza, że to oni zaopiekują się Szyszką (bo tak to maleństwo dostało na imię), ani oni, ani Rodzice nie pojawili się w górach. Jak tylko „Amadziki” odebrały od nas psiaka, pojechali do Rodziców, a pobyt ich szczęśliwie się przedłużył 🙂 To szczęście zresztą prorokowała im MŻ, dając za przykład analogię – ile dobrego spotkało nas, od momentu powzięcia decyzji o przygarnięciu naszej Wieny. I tak to słowo stało się ciałem, a dom, który od wielu tygodni usiłowała kupić Zuzia z Amadeuszem, nieraz po drodze tracąc nadzieję na jakiekolwiek szanse w tym wyścigu, jednak w tym wyjątkowym czasie kupić się udało 🙂 🙂 🙂 Gratuluuuuuuuuuuuuuję!!!! Powracając do meritum – z MŻ, hmmm… wypoczywaliśmy (tzn. ja zdecydowanie wypoczywałem w Gorcach), zdecydowanie korzystaliśmy z pięknej pogody, a Gorce zaiste były pachnące!!!!!!!!. Skoro to góry, to i wiosna pojawiła się tu z opóźnieniem, ale za to z multi kumulacą, z pachnącymi, pięknie ukwieconymi łąkami, świeżo skoszoną trawą, obłędnym zapachem siana i suszącego się drewna, dymem z ognisk i jak to już się przyjęło z grilli. https://www.facebook.com/permalink.php?story_fbid=4138646306181340&id=100001080338679

Dziękuję, dziękuję, dziękuję 🙂

Połknięte lektury: Olga Tokarczuk „Prawiek”, Anna Karnicka „Sprawa Klary B.”, Luis Montero „Stół króla Salomona”, Markus Zusak „Posłaniec”

,

01 czerwca 2021 Dzień Dziecka!

Każdy z nas kiedyś był dzieckiem, a niektórym pozostało to po dziś dzień. Osobiście zaryzykowałbym stwierdzenie, w którym utwierdzam się z autopsji, iż to zwłaszcza panowie chcąc-nie chcąc pozostają wiecznymi dziećmi… Tak, tak, w większości z nas przetrwała iskierka Piotrusia Pana i z pewnych rzeczy, czytaj: głupot, niekoniecznie chce nam się wyrastać… Cóż, albo też jest i tak, że skoro moje dzieciństwo, dzięki rodzicom, bliskim i przyjaciołom było ponad miarę szczęśliwe, to o wiele łatwiej jest mi się w tym wszystkim utwierdzać. Jasne, że w dzieciństwie nie raz i nie dwa bywało po górkę, choćby pożar i strata niemal wszystkiego, co mieliśmy oraz dotkliwe poparzenie, ale… dzięki rodzicom, bliskim i przyjaciołom i to dało się pokonać. Niestety nie każdy miał lub ma tyle szczęścia, bo znam mnóstwo osób z niepełnosprawnością, które aż tak dobrze od urodzenia nie miały. Tutaj tak naprawdę dochodzę do clue tego wpisu, ponieważ z Fundacją Otwarte Ramię Białej Gwiazdy, Wisła Socios i Ekstraklasą, czynimy starania, żeby Kuba, czyli jeden z nas – kibiców, mógł poprzez kosztowną operację zaznać choć trochę więcej szczęścia w życiu. https://www.facebook.com/groups/580321656693407/

Gorąco zachęcam i proszę – pomóżmy wspólnie Kubusiowi, jeśli ktoś miałby jakiś dobry pomysł lub wyraziłby chęć oddania czegoś na licytację, to piszcie proszę do mnie na facebook’u, a z przyjemnością dodamy Was do wciąż powiększającej się grupy przyjaciół Kuby. https://www.youtube.com/watch?v=_r4lkpco0A8 (moment od 10:40).

Połknięte lektury John Le Carre „Przyjaźń absolutna”, John Grisham „Czas zapłaty”, Irena Landau „Ciocia Marysia”, Jo Nesbo „Łowcy głów”.

22 maja 2021 Pierwsza Komunia Klaudii

Jak ten czas szybko leci, niemal świeżo w pamięci mam ogromne wyróżnienie, za jakie postrzegam wybranie mnie na ojca chrzestnego Klaudii i „trzymanie jej do chrztu”, a tu już Pierwsza Komunia Święta.

O tym, że Klaudusię wprost uwielbiam (czytaj: uwielbiamy). to nieraz już pisałem, a z każdym spotkaniem, czy choćby rozmową telefoniczną, powodów jest więcej i więcej 🙂 🙂 🙂 Komunia Klaudii rzecz jasna dla niej i nie tylko, to głębokie przeżycie duchowe i przyznać się muszę, że było wyjątkowo. Być może właśnie dlatego, że to Klaudia, choć i kameralność uroczystości pomogła o wiele głębiej w nią się wpasować. A już po samej ceremonii, dzieląc się spostrzeżeniami okazało się, że choćby wzruszenie itp. udzieliło się nie tylko mnie.

Tylko pogoda, nie licząc oczywiście pandemii, zagrała nam na nosie, gdyż już po wyjściu z kościoła zaczęło lać, wiać i było brrr. A ja na dzień Pierwszej Komunii Świętej naszej chrześnicy zdecydowanie wolałbym maj jak marzenie, czyli słońce, słońce, słońce, oraz…

Maj jak marzenie

Przyroda sypnęła,
szczodrze kwiatów dłonią,
magiczną, drobniutkich
konwalijek wonią.

Słońce swoją siłą,
ogrom cudów czyni,
na wyraźną prośbę,
miłości bogini.

Piękna Afrodyta
jak motyl baśniowy,
a wraz z nią świat słodki,
świeży, truskawkowy.

Muzyka składnikiem
szczęścia eliksiru,
wśród burzy zieleni
i gwiezdnego pyłu.

Dodaj ptaków trele,
słoneczne promienie,
jeszcze błękit nieba
i maj jak marzenie.

04.03.2008

Okoliczności pokomunijne iście bajeczne, ponieważ Klaudusia zaprosiła nas do malowniczego Ojcowa, więc zabrakło tylko i aż pogody. Tak, tak, wiem, że w Pierwszej Komunii Świętej to nie pogoda jest sednem, więc daję słowo, że nie przodowałem w malkontenctwie. Była Klaudia, MŻ i Rodzina, więc było to, co najistotniejsze, a na piknik w Ojcowie przy lepszej pogodzie zawsze można powrócić.

P.S. Wiem, że na zdjęciach widać piękne słońce, bo i takie momentami się pojawiało, a że MŻ potrafi złapać chwilę, toteż za czas jakiś o złej pogodzie wszyyyyscy zapomną 🙂 🙂 🙂

Połknięte lektury: Wojciech Chmielarz „Farma lalek”, Danuta Wałęsa „Marzenia i tajemnice”, Harlan Coben „Już mnie więcej nie oszukasz”.

16 maja 2021 Wyjazdy, wyjazdy, śladem Białej Gwiazdy 🙂

Sezon rodzimej Ekstraklasy dobiegł końca i Bogu dzięki 🙂 Tegoroczna liga w cieniu pandemii była mocno specyficzna. Skoro całe sezon i liga były zwariowane, to jak już się utarło – świeckim zwyczajem jest, że jeśli są „burze, zawirowania, etc.”, to i u nas, czyli w Wiśle Kraków normalnie być nie mogło 🙁 Po noworocznej zmianie trenera początkowo zachwyt doganiał i wyprzedzał kolejny zachwyt, ale… niejeden artykuł prasowy temu był poświęcony, więc nie będę się powtarzał. Po wczorajszej wizycie w Gliwicach wiem ciut więcej i ograniczę się do lakonicznego: nie ma dymu bez ognia. Do Gliwic wybraliśmy się z Fundacją Otwarte Ramię Białej Gwiazdy w okrojonym składzie liczbowym, ponieważ ten ostatni mecz w sezonie wprawdzie mógł odbyć się z kibicami, ale w reżimie mocno sanitarnym. Pojechać było warto, gdyż po tak długim rozbracie z trybunami i magią zielonej murawy było zdecydowanie super 🙂 https://twitter.com/pawel_kekus/status/1394327981280137220

Była też okazja do oficjalnego pożegnania w barwach Wisły Bogusia i Burego, za co panowie po meczu podziękowali 🙂 https://twitter.com/FORBG1906/status/1393990689139085318 https://twitter.com/FORBG1906/status/1393925931207692290

O piłce nożnej zwykło się mówić, iż jest grą błędów i rzecz jasna sedno kryje się w tym, aby to przeciwnik popełnił ich trochę więcej. Tak chyba było wczoraj, ponieważ to Piast piłkarsko był zespołem lepszym, lecz to widać my tych błędów popełniliśmy ostatecznie mniej 🙂 🙂 🙂 Można by rzec, że bilans zysków i strat równa się zero, ponieważ porażka z Piastem przy Reymonta była festiwalem błędów, tyle tylko, że arbitra. A chyba nie o to chodzi w powiedzeniu „piłka nożna to gra błędów”, czyli jednak bilans ujemny, uh. Czekamy na nowy sezon, oby lepszy 🙂

Wyjazd miał jeszcze swoją cudowną puentę: po powrocie pod halę Wisły pojawiła się MŻ z Wieną i nasz cudowny pies po mega entuzjastycznym powitaniu mnie, odsłonił więcej swojego empatycznego oblicza, witając i ciesząc się z pozostałymi kolegami na wózkach – nie na darmo dwie pierwsze litery w jej imieniu zawdzięcza Wiśle 🙂

Połknięte lektury: Stephen King „Outsider”, Jo Nesbo „Pierwszy śnieg”, Andrzej Iwan „Spalony”.

09 maja 2021 Oddycham Krakowem

Od dłuższego czasu w pandemicznych okowach usiłując się odnaleźć i ciesząc się z posiadania czworonoga oddychamy Krakowem 🙂 Naprawdę się da, pomimo iż według Roberta Makłowicza w Krakowie lepiej jest pić niż oddychać. Ja zdecydowanie lubię i wciąż mi go mało 🙂 https://www.facebook.com/permalink.php?story_fbid=4051995178179787&id=100001080338679 Chociaż wydawało by się, że być może już niemal wszystko w nim widziałem, kiedy po latach wracam na „stare śmieci”, wciąż uderza we mnie efekt „wow”. Pasuje tutaj jak ulał maksyma, że cudze chwalicie, swego nie znacie, chociaż ja chętnie poznaję „cudze”, ale Kraków był, jest i pozostanie moją Stolicą. W ostatnią niedzielę po raz kolejny z MŻ byliśmy na mega-klimatycznym stadionie Korony Kraków, zahaczając o pobliskie Krzemionki, z których to wspomnień nie zliczę. Z czasów harcerskich i nie tylko 🙂 🙂 🙂 Tak więc pandemia sama w sobie jest wstrętna i rad bym był pożegnać ją na dobre i bez żalu, choć paradoksalnie to ona sprawiła, że kilka miejsc w Krakowie było mi/nam dane odkryć na nowo 🙂

Połknięte lektury: Peter V. Brett „Malowany człowiek”, Stephen King „Pan Mercedes”, „Znalezione nie kradzione”.

27 kwietnia 2021 Magia cyfr

W tym wpisie szykuje się dosyć obszerna paralela, bowiem w głowie autora powstał zamysł, by połączyć datę kanonizacji ojca świętego Jana Pawła II-go, otrzeć się o utwór Roberta Kasprzyckiego pt. „Same zera”, lądując na teraźniejszości tużprzedmajówkowej. Skoro już bardziej słownie niż dosłownie strzelam sobie w stopę, to od początku. W kwietniu roku 2014 byłem na rehabilitacji w Zakopanym, ale świadomie i dobrowolnie skróciłem ją, ponieważ padł pomysł, by z MK, jej tatą i bratem pojechać do Rzymu na kanonizację ojca świętego Jana Pawła II-go. Wybór był oczywisty i nawet Zakopane nie mogło stanąć na drodze i choć niemal odwlekane było to do samego końca – wyruszyliśmy. Tutaj muszę jako dygresję wtrącić tylko jeden z etapów podróży, czyli wizytę w Wenecji. Pamiętam jak dziś, kiedy byłem tam dawno temu po raz pierwszy, naszła mnie myśl, jak cudownie byłoby tu powrócić, mając u boku ukochaną osobę i proszę – stało się 🙂 🙂 🙂 Kolejny raz sprawdziło się, jak bezcenne jest posiadanie marzeń. Z Wenecji, poprzez cudownie malownicze wzgórza Toskanii, na peryferia Rzymu. Kilka noclegów oraz przed i po kanonizacji – odwiedziny grobu Jana Pawła II-go. Sporo szczęścia w samym Watykanie, łącznie z tym, że pomimo dopinania już na ostatni guzik uroczystości kanonizacyjnych, zwiedziliśmy z MK Bazylikę św. Piotra oraz wyjechaliśmy na jej dach. Hmm, może głupi ma zawsze szczęście, a może ono po prostu sprzyja tak, czy siak. Doskonale pamiętam, że po kanonizacji modląc się przy grobie św. Jana Pawła II-go bardzo dziękowałem, w ciszy to i owo obiecałem i poprosiłem o …

Idąc dalej by nie zanudzać, u Roberta Kasprzyckiego w piosence jest mowa o „magii cyfr”, a ja choć orłem z matematyki nigdy nie byłem, ale co najmniej do kilku liczb przykładam znaczenie. https://www.youtube.com/watch?v=hQ5UFAhuodg

Historia zatoczyła koło i pamiętam, że kiedy tylko pojawiła się możliwość szczepień, to kierując modlitwy również do św. Jana Pawła II-go, starałem się wyprosić by i on nam pomógł w nieodległym czasie skorzystać z jej (miejmy nadzieję) dobrodziejstwa. Ktoś powie, że to tylko zbieg okoliczności, lecz fakty są takie, że 27.04 dostałem wiadomość, że ja, wraz z MŻ mamy wspólną datę szczepienia i to pomimo iż pierwotnie mój termin był zgoła odmienny. Przypadek? Nawet jeśli, to ja tam wolę wierzyć, że nie tylko on.

Połknięte lektury: Michel Houellebecq „Cząstki elementarne”, Jo Nesbo „Pentagram”, Jacek Lusiński „Carte blanche”, Marek Niedźwiedzki „Dyrdymarki”, David Nicholls „Jeden dzień”.

P. S. Była się odbyła majówka 🙂 Okraszona urodzinami szwagra 🙂 Pogoda jak kobieta… a 3-go maja z MŻ słuchaliśmy polskiego top-u radia 357, wcześniej na niego głosując.

14 kwietnia 2021 Urodziny drive thru

W poprzednim wspominkowym wpisie był też wątek o urodzinowej niespodziance dla Asi „Pod Katarynką”. Tak, tak – było, działo się i skądinąd wiemy, że mile to wspomina po dziś dzień. Skoro jednak jest pandemia i niemal cały świat bez wyjątku stanął na głowie, to i te urodziny być inne musiały i już 🙂 🙂 🙂 Teraz wypadały w środku tygodnia i inaczej niż, jak podczas tych pamiętnych – tym razem pogoda nie sprzyjała, ale dla chcącego nic trudnego. Podjechaliśmy do Asi pod blok, telefonicznie się połączyliśmy, ja odśpiewałem „Happy birthday to you” i „rozczulona” Asia zaczęła wspominać: „a pamiętacie, jaką kiedyś zrobiliście mi niespodziankę”, itp, itd, etc. Na co my: „oczywiście, że pamiętamy!” Następnie z naszej strony padło pytanie: „czy może jesteś Asiu w domu?”. Entuzjastyczna odpowiedź: „tak, tak, tak. A może zaglądniecie chociaż na kawę”? Nasza odpowiedź: „Nie, ale na parkingu pod Twoim blokiem czeka kurier…”. Konsternacja, jaki kurier, o co chodzi? Po chwili pytanie, czy jesteśmy pod jej blokiem, odpowiedź twierdząca i rozpromieniona Joanna M. mówi: „zaraz biegnę” i wybiegła 🙂 Jak już była w pobliżu, na znak MŻ otwarłem drzwi i wyciągnąłem rękę z bukietem, uśmiechu chyba nie było widać, ponieważ „dyskretnie” skrywała go maseczka, ale i tak było supermiło. Tak jakoś w sposób iście nieodgadniony, z drugiej strony akurat nadchodził Michał z jeszcze większym bukietem, więc zupełnie bez umawiania, ale znów udało się spotkać. Dodam tylko, że w pamiętnych urodzinach JM „Pod Katarynką” to właśnie Michał uczestniczył w sekretnym spisku, mającym na celu niepozorne zwabienie pod adres Brzozowa 15… Lata lecą, Asieńka wierna pozostaje maksymie autorstwa Marii Czubaszek, iż: „w pewnym wieku to kobieta powinna sama ustalać, ile ma lat i konsekwentnie się tego trzymać” 🙂 🙂 🙂

Połknięte lektury: Szczepan Twardoch „Wieczny Grunwald”, Olga Tokarczuk „Dom dzienny, dom nocny”, Jarosław Grzędowicz „Pan Lodowego Ogrodu”, Krzysztof Stanowski „Szamo”.

14 kwietnia 2021 Zajrzeć wstecz „łatwa” rzecz

W miniony weekend pocztą pantoflową (czytaj: facebookową), dotarła do mnie przykra wiadomość o, co by nie mówić, ofierze koronawirusa 🙁 . Nie chodzi tu stricte o kłopoty zdrowotne, lecz niechęć właściciela lokalu w którym mieściła się restauracja „”Pod Katarynką””. To miejsce i właściciele restauracji są mi ogromnie bliscy od pierwszego z nimi spotkania. Ich serdeczność , jaką otaczali każdego ze swoich gości była tak autentyczną, że wręcz niekoniecznie dziś spotykaną. Pamiętam, jak pewnego czerwcowego wieczoru trafiłem tam po raz pierwszy i to miejsce tak mnie urzekło, że gdy powróciłem do domu, popełniłem, co następuje:

Katarynka

Katarynka w podwórku
echem wierszy rozbrzmiewa,
a jaskółki im w chórku,
kiedy nocka już ziewa.

Dawno temu Kazimierz,
był zaklęty w niebycie,
dziś do świtu tu płyniesz,
w magii miejsc kolorycie.

Tylko dźwięk katarynki
staje z pamięcią w szranki,
księżyc nalewa drinki,
do czerwcowej tu szklanki.

Wiatr natchniony melodią,
co się skryła w załomie,
plącze włosy przechodniom,
albo ściska im dłonie.

Pod balkonem westchnienia,
mają miejsca na trwałe,
pamiętając spojrzenia,
niekoniecznie nieśmiałe.

W kawiarnianej gęstwinie,
cudna perła schowana
szumem wierszy dziś płynie
niczym fala wezbrana.

28.06.2017r.W tym magicznym miejscu odbyło się kilka moich spotkań autorskich, pamiętne urodziny MK, urodziny Asi i wiele, wiele niezapomnianych chwil. Szczęśliwie taką sympatią, jak moja darzyła to miejsce znacznie szersza rzesza miłośników poezji, dobrej muzyki i ciepłej atmosfery. Od momentu, kiedy gruchnęła ta hiobowa wieść Wiola i Marek, czyli właściciele restauracji „”Pod Katarynką”” dostają sporo wyrazów wsparcia i deklaracji na przyszłość, co pozwala mieć nadzieję, że z tymi wspaniałymi ludźmi zapewne już pod innym szyldem, ale jeszcze nie raz w lepszym czasie się spotkamy. Moja mała cegiełka wsparcia i słowo wyjaśnienia – tak, tak, celowo zaczerpnąłem wersy z pierwszego z moich licznych wierszy o Katarynce:

Niech to będzie antraktem

Katarynkę, jej klimat
stworzyli właściciele
adres to nie był prymat
lecz ich serca tam wiele.

Pamięć trwa nieśmiertelna
salwy śmiechu, wzruszenia
atmosfera subtelna
złączyła pokolenia.

Refren:
Niech to będzie antraktem,
krótką w spektaklu przerwą,
że wrócicie jest faktem
z Wami my z nową werwą.

Wiatr natchniony melodią,
co się skryła w załomie,
plątał włosy przechodniom,
albo ściskał im dłonie.

Pod balkonem westchnienia,
miały miejsce na trwałe,
pamiętając spojrzenia,
niekoniecznie nieśmiałe.

Refren:
Niech to będzie antraktem,
krótką w spektaklu przerwą,
że wrócicie jest faktem
z Wami my z nową werwą.

To nierówna gra z cieniem
z którym wygrać nie sposób
Wy byliście schronieniem
dla artystów, ich głosów.

Jutro znajdzie zawiasy,
nuty znajdą piosenkę,
nowe chwyty i czasy
wyciągnijcie doń rękę.

Refren:
Niech to będzie antraktem,
krótką w spektaklu przerwą,
że wrócicie jest faktem
z Wami my z nową werwą.

21.04.2020r.

Połknięte lektury: Jakub Żulczyk „”Radio Armageddon””, Bernard Minier „”Noc”” część I”

27 marca 2021 Sorry, taki mamy klimat 🙂

Za oknami pogoda więcej niż zachęcająca, a skoro wczoraj na spacerze z MŻ znaleźliśmy połacie krokusów, toteż pomysł mógł być tylko jeden – Gorceeeeee! Bez pośpiechu, za to w świetnych nastrojach zebraliśmy się i w drogę na Zakopiankę. Początkowo brrrrr – ruch, jak w ulu, zupełnie inaczej, niż w analogicznym okresie rok temu 🙁 Za Myślenicami aut zaczęło ubywać, więc do celu dojechaliśmy niemal płynnie. Już skręcając z głównej drogi MŻ wypatrzyła, że tam wysoko, wysoko, wysoko widać śnieg 🙂 Tak się składa, że tam wysoko, wysoko, wysoko właśnie my zmierzamy, więc… pniemy się w górę i śniegu niet, ale już po chwili tu troszkę, tam troszkę, a na samej górze – szok! Inny świat lub po prostu pogodowy matrix. Śniegu wciąż zdecydowanie więcej niż mogliśmy się spodziewać, toteż bezpośrednio pod sam dom dojechać się nie udało 🙁 Na krokusy tutaj też przyjdzie jeszcze chyba sporo poczekać? Spacer jednak się odbył, było sympatycznie, a co równie istotne – właściwie bezludnie. https://www.facebook.com/permalink.php?story_fbid=3926350374077602&id=100001080338679 Skoro nie było możliwości na więcej, to czas do powrotu. Jeszcze tylko rzut oka MŻ, co tam na górze działki i iiiiiii tu znowu ślady niedźwiedzia o.O Góry zatem pozostaną górami, a śniegu tu było tyle, że jak z jednej górki się osunął, to „łaskaw był” zabrać całe ogrodzenie u sąsiadów… Na szczęście w dolinach już jest tak, jak być powinno 🙂 🙂 🙂

Echa nieskończoności

Pod zapalonym wiosną niebem,
ptasią nutą wabione,
echa nieskończoności.
Słońcem jak cyrklem
zatacza krąg uśmiechów.
Wskazówkami zezowatych cieni
cieszy się świat kwiatów oczyma.
Na palecie codzienności,
drży rosa w kruchych
jak sen w objęciach pajęczyny.

Połknięte lektury: Axel Munthe „Księga z San Michele”, Wilbur Smith „Okrutny krąg”

Bez wyjątku wszystkim i każdemu z osobna: zdrowych, dobrych i oby spokojnych świąt Zmartwychwstania Pańskiego.

27 marca 2021 Spojrzeć wstecz „łatwa” rzecz

Magia trwa i choć powróciliśmy do hotelu autentycznie zmęczeni to z pobudką nie było problemu 🙂 🙂 🙂 . Obmyślamy szczegółowy plan na dzisiaj, jeszcze malutkie francuskie śniadanie, więc merci. Wychodzimy, gdyż zdecydowanie jest szansa na dobrą pogodę. Autobusem dojeżdżamy bardziej mniej niż więcej w okolice Ogrodów Tuileries, tak jakoś wyszło, że znów jak magnez ściągnął nas Luwr. W odległym (choć rzecz jasna tylko geograficznie) Krakowie, dzisiaj wielkie derby, to też czas na pierwsze zdjęcia z atrybutem kibicowskim 🙂 🙂 :). Pierwsze i jak dzień pokaże baaaaaaardzo nie ostatnie 🙂 🙂 :).
https://www.google.com/url?sa=i&url=https%3A%2F%2Fwww.getyourguide.pl%2Fogrd-tuileries-l3256%2F&psig=AOvVaw2527SNpvih6OqMggNVQm9O&ust=1617120191949000&source=images&cd=vfe&ved=0CAIQjRxqFwoTCJC536zw1e8CFQAAAAAdAAAAABAD
Pogoda się do nas uśmiechnęła, więc pośród kwitnących kwiatów, krzewów i bujnej zieleni korzystamy jak tylko się da z uroków Ogrodów Tuileries. Tu, jak zresztą zdążyliśmy się już przekonać, w całym Paryżu, aż roi się od niezliczonych rzeźb, pomników i oczek wodnych lub fontann. Pogoda wyśmienita i oby tylko tak dalej. Zewsząd czuć wiosnę i to w samą porę bo 21.03 to najwłaściwszy czas, a choćby fotograficzne „zafiksowanie się” MK nad wielobarwnym ptaszkiem najlepszym tego dowodem 🙂 🙂 :).

Tak jakoś wyszło, że się nam wyszło wprost na Muzeum Marmottan Monet w którym mieszczą się słynne „Nenufary” Claude’a oraz zbiory innych znanych impresjonistów. Osobista konkluzja: wiele z tutejszych dzieł śmiało mogłoby cieszyć oczy w Luwrze i odwrotnie, ale dosyć mądrzenia się, bo co do sztuki to wciąż pozostaję laikiem…

Po wyjściu z muzeum czas na drugie śniadanie z widokiem na wieże Eiffla, tak na tę wieżę Eiffla 🙂 🙂 :).

Pojedli, popili to… tuptamy dalej w kierunku Champs-Elysees a następnie, już przy tej słynnej ulicy, myśli na jakiś czas poszybowały do Krakowa na R22. Jak już pisałem dzisiaj derby a tu…wielki sklep klubu PSG 🙂 🙂 🙂 Tutaj rzecz jasna wyszedł ze mnie mały chłopczyk, ale patrząc na panujące tu tłumy – nie tylko ze mnie 🙂 🙂 🙂 Po wyjściu rozglądamy się za kawą i krok za krokiem, zbliżamy się do największego i zdecydowanie najlepszego punktu orientacyjnego w Paryżu…w najbliższym otoczeniu wieży krótka konsternacja, bo napotkaliśmy na schody. Jednak po raz kolejny nos MK wywęszył jak je obejść i podjazdami dotrzeć do celu. Nos zaiste cudowny bo powiódł przez Park Roosevelta a w nim pięęęęęęękne palmy – jak to mówią: „głupi to zawsze ma szczęście”:) 🙂 :).
https://ecsmedia.pl/c/fototapeta-paryz-wieza-eiffla-zdjecie-noca-2-elementy-200×150-cm-b-iext50964618.jpg
Omijając licznych sprzedawców i utrudnienia związane z odbywającym się maratonem, docieramy do kolejki i po krótkim oczekiwaniu wjeeeeeeeeżżżżżżżżżżżżdżaaaaaaaaaaaaaamy. Widok zaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaajefajny 🙂 🙂 🙂 a wiatr coś jakby w kieleckim 🙂 🙂 :). Muszę tu coś wyznać… popsułem wieżę Eiffla, a było to tak: wstałem by popodziwiać widoki i oprócz poręczy była też cienka siatka zabezpieczająca i siadając z powrotem urwałem jeden z jej drutów 🙂 🙂 🙂 MEA CULPA.

U naszych stóp Sekwana, trochę dalej korty tenisowe Rolanda Garossa itd. Miejsce niezwykłe aż pod człowiekiem uginają się kolana 🙂 🙂 :)… w tzw. międzyczasie zdążyło zrobić się już ciemno, a wieża oświetlona wygląda chyba jeszcze piękniej. Co pewien czas fantastycznie mruga- cudownie, Cudownie, CUDOWNIE!!! Szok – naprawdę tu jesteśmy 🙂
Czas leci nieubłaganie, więc co prawda z oporami, ale postanawiamy zjechać. Okazuje się, że można urządzić sobie postój o jedno piętro niżej, więc z niego korzystamy. Tutaj kawiarnie, restauracje, sklepy jednym słowem wielkie WOW. Jakoś tak pochłonęła mnie magia tego miejsca, że nawet nie usłyszałem smsów z info, jak moja Wisełka wygrywa derby 🙂 🙂 :). W końcu trzeba było zjechać, więc w poszukiwaniu autobusu, znów omijając sprzedawców i ostatnich uczestników maratonu przez Pola Marsowe i dalej do słynnego Mostu Aleksandra. To właśnie tutaj było zrobione zdjęcie, które obiegło cały świat w dniu ogłoszenia końca II wojny światowej, a na nim amerykański żołnierz w pocałunku z francuską sanitariuszką 🙂 🙂 🙂 ) Tuptamy, tuptamy mijają nas autobusy, dyskoteki, zrobiło się już naprawdę późno i temperaturowo mocno średnio, ale w końcu szczęśliwi znaleźliśmy nasz przystanek, więc migiem do hotelu, ogarnąć się i do spania a wciąż mam o czym śnić. Wiem, że tego początku wiosny w Paryżu nie zapomnę do końca moich dni, więc wieeeeeeeeeeeeeeeeeeeelkie MERCI 🙂 🙂 :).
Ogarnęliśmy się w tempie Tour de France 🙂 🙂 🙂 i znowu w odmęty tego niezwykłego miasta. Jakoś tak po raz kolejny wyszło, że autobusem dojechaliśmy mniej więcej w okolicach Luwru. Dobrze się stało, bo choć plany były ciut inne to trafiliśmy do Muzeum d’Orsay. Niesamowite że ktoś wpadł na pomysł, by ze starego dworca uczynić zajefajneeeee muzeum. Tutaj muszę się usprawiedliwić, bo jeszcze nie było porannej kawy, więc podczas zwiedzania dosłownie na chwilę mi się usnęło 🙂 🙂 🙂 ignorant na maksa…wiem, wiem, wiem 😛 Muzeum super, a przestrzenie itd. zarąbiste.
Po wyjściu obowiązkowa kawa i czas na wyspę na Sekwanie, a na niej m.in. Katedra Notre Dame, która chyba troszkę inaczej istniała w mojej świadomości.
https://www.podrozepoeuropie.pl/system/gallery/images/images/000/003/125/large/widok-na-katedre-Notre-Dame-w-Paryzu-podczas-spaceru-wzdluz-Sekwany.JPG?1458952720
Na tej samej wyspie Święta Kaplica
https://wycieczkownia.pl/wp-content/uploads/2020/03/Sainte-Chapelle2-560×460.jpg
oraz Conciergerie z którego wyprowadzano na ścięcie Marię Antoninę, po słynnej rewolucji francuskiej. Pogoda piękna, więc spacerkiem dookoła katedry, pod Ratusz i dalej pod Centrum Pompidou. http://antonita.pl/wp-content/uploads/2012/08/DSC_0893.jpg
Poniekąd z konieczności opuściliśmy Plac Inwalidów z miejscem w którym spoczywa Napoleon Bonaparte, ale przecież musi być więcej niż jeden pretekst, aby móc tu powrócić. Tym razem trochę wcześniejszy powrót do hotelu, bo jutro rano zamierzamy się zebrać niemal o świcie. Za namową niezwykle uprzejmego personelu z naszego hotelu, nie kombinujemy z poszukiwaniem autobusu, tylko pojedziemy taksówką. W przeciwieństwie do autobusu taksówką nie jedziemy dookoła, więc wbrew pozorom nie jest to droga impreza.

Czas żegnać się z Paryżem, jutrzejsza noc już w Krakowie, choć zapewne wciąż skąpani w euforii 🙂 🙂 🙂 … Będzie o czym powspominać, pomarzyć, a powodów na powrót tutaj wcale nie muszę szukać, bo to miasto jest magiczne, a mój apetyt wcaaaaale nie osłabł.

24 marca 2021 Spojrzeć wstecz „łatwa” rzecz

Jak to zwykle w życiu bywa, aby coś się wydarzyło trzeba odrobinę losowi pomóc, wiec tak też uczyniliśmy z MK i zaplanowaliśmy powitanie wiosny w Paryżu, a że było to dla niej odwieczne marzenie, tak jak dla mnie Barcelona, więc tym bardziej było warto 🙂 🙂 🙂 Przed samym naszym wylotem trochę na wyrost nas nastraszono, że z tym, czy z owym pewnie będzie duży problem. Rzeczywistość jednak zweryfikowała trudności na naszą korzyść. Wylądowaliśmy pod Paryżem, autobusem dotarliśmy do naszego celu i od razu trafiliśmy na wystrzałową zapowiedź naszego pobytu bo stanęliśmy na bulwarach Pershinga 🙂 🙂 :). Z pomocą internetu odnaleźliśmy autobus, którym mieliśmy dojechać do hotelu i w drogę!! A po drodze wielkie WOOW: widziana z autobusu wieża Eiffla, katedra Notre Dame, itd. a to dopiero miał być początek 🙂 🙂 🙂 . Krótka drzemka, bo musieliśmy wstać bardzooooo wcześnie, ale oprócz pięknego miasta ja już widziałem palmy, wiec nie może być źle. Po internetowym researchu obmyśliliśmy pierwsze kroki w zwiedzaniu i w miasto…

Padło na urocze, wiosenne Ogrody Luksemburskie z licznymi rzeźbami, fontannami, kucykami itd.

Tu inaczej, niż w Polsce wiosna wcześniej nabiera rumieńców, jest bardziej zielono, kwieciście i w ogóle zajeeeeeeeefajnie.

Poprzez Ogrody Luksemburskie, mijając korty, oranżerie, skierowaliśmy się do Kościoła Saint-Sulpice (https://media-cdn.tripadvisor.com/media/photo-s/07/60/4c/be/saint-sulpice.jpg ), który to za sprawą Dona Browna i Jego „Kodu Leonarda Da Vinci” bardzo chciałem zobaczyć. W nim historia goni historię i zobaczylismy m.in. freski autorstwa Eugene Delacroix 🙂 🙂 🙂 Powoli doganiał nas zmierzch, wiec skierowaliśmy się do dzielnicy Paris Saint-Germain i tamtejszego opactwa.

Tu już Paryż zaczął czarować nas swoją nocną atmosferą, kolorami, zapachami i nie tylko. Jeszcze krótka chwila i rzut oka na Sorbonę, ( https://wycieczkownia.pl/wp-content/uploads/2020/03/sorbona-6.jpg) czas pomyśleć o kolacji i powrocie fajnie dostosowanym autobusem do hotelu

Po wrażeniach z dnia poprzedniego i oswojeniu się ze zmianą otoczenia, klimatu, czas na kolejne paryskie doznania J J J. Po rzucie okiem na operę (w mojej opinii dalece urodą przewyższającej tę znaną nam z Wiednia ) oraz m.in. Galeries Lafayette, udaliśmy się w kierunku z daleka już widzianej bazyliki Sacre-Coeur. Nieopodal katedry znajdują się słynne z wielu adaptacji filmowych, oryginalne wejścia do stacji metra. Do usytuowanej wysoko w górze Sacre Coeur dotarliśmy z pomocą kolejki, bo w przeciwnym razie, co najmniej jednego ducha przyszłoby tu wyzionąć J, ale… tu okazało się, że szczyt wzgórza niestety nie jest jednoznaczny z poziomem wejścia do katedry, więc zapadła decyzja, iż MK idzie, a ja czekam. Powiedziałem że poczekam i czekałem… ale krótko. Błyskawiczny powrót MK oznajmiającej mi, że co prawda są schody ale wzdłuż nich ciągnie się też poręcz, więc takie wyzwanie, to żadne wyzwanie. Hmmm, być może na stosunkowo wczesnym etapie zwiedzania J  Grubo pomyliłby się ten kto by pomyślał, że znalazł się ktoś chętny do pomocy choćby tylko w wniesieniu wózka. Kilka kursów MK góra-dół ale stanęliśmy tuż, tuż, jeszcze tylko 8 schodów, potem 6, jeszcze 2 i byliśmy w środku 🙂 🙂 🙂 Pomijając widoki z góry i z dołu, znaleźć się w tym miejscu- BEZCENNE!

https://www.labiryntarium.pl/images/stories/-europa/francja/paris_sacre_coeur/paris_sacre_coeur%20(18).jpg

Kościół, jego otoczenie i położenie zrobiło na nas ogromne wrażenie, ale dzień się jeszcze nie kończył, droga powrotna wiodła przez artystyczną Montmartre (https://i.etsystatic.com/20017760/r/il/5e135b/1900791185/il_570xN.1900791185_ixyn.jpg ) W tym umiłowanym miejscu dla Toulouse’a Lutrec’a znaleźliśmy też restaurację z filmu „O północy w Paryżu” J Następnie dalej w dół, aż do Placu Pigalle, a na nim nie mogło zabraknąć słynnych kasztanów 🙂 🙂 :). Potem trochę autobusem, a trochę na piechotę do miejsca słynnego, nie tylko w Paryżu:

https://media.ticmate.com//resources/ticmate_live/upload_go/9cca2d75f0b1ef36-MoulinRouge900x600-1.jpg

W dobrych nastrojach wróciliśmy do hotelu cali, zdrowi i tu obsługa odnosząca się do nas z dużą życzliwością. Obawy, jakimi karmiono nas przed wyjazdem jedna po drugiej pryskały J J J

Kolejny dzień w tym niesamowitym mieście, a że pogoda nie może się zdecydować, więc by nie kusić losu dziś czas na Luwr 🙂 🙂 🙂 Autobusem podjeżdżamy w jego najbliższe okolice, lecz zanim do środka, to jeszcze rzut oka na to, co dookoła niego.

 Zagłębiliśmy się w szklanej piramidzie, odnalazłszy w niej windę, zatem w dół, obmyślając skrupulatny plan zwiedzania, bo więcej niż „trochę” jest tutaj do obejrzenia… 🙂 🙂 :).

Najpierw Egipt, choć wyłącznie na moją sugestię 🙂 🙂 🙂 potem przez Nike z Samotraki i inne zacne posągi, dalej i dalej… 🙂 Z tym dalej to nie jest tak łatwo, bo połapać się w tutejszych windach jest ciężko, nawet pracownikom i ludziom z informacji. Jednak dzięki temu mamy niecodzienną okazję skorzystać z dosłownie tajnych przejść Luwru i tylko dla nas zostają otwarte „pewne drzwi”. MK z nie takimi zagwozdkami daje sobie radę więc z piętra na piętro, z sali do sali, a oczopląs coraz większy 🙂 🙂 :).

Trafiamy do obrazu, o którym wiele słyszałem- „Wolność wiodąca lud na barykady” ( Eugene Delacroix ) ( https://opolnocywparyzu.pl/wp-content/uploads/2015/04/the-liberty-leading-the-people-1009×675.jpg ) i dalej z sali do Sali, aż docieramy do Mona Lisy (Leonardo Da Vinci) (https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/thumb/e/ec/Mona_Lisa%2C_by_Leonardo_da_Vinci%2C_from_C2RMF_retouched.jpg/1200px-Mona_Lisa%2C_by_Leonardo_da_Vinci%2C_from_C2RMF_retouched.jpg ), a dookoła tłoczno jak na Krupówkach. W tzw. międzyczasie pogoda zdecydowała się być piękną, a tym samym zgromadzone tu eksponaty nabierają jeszcze większego blasku. Duuuuuuuuuuuużo o Luwrze można by pisać, a zobaczyć tu wszystkiego raczej nie sposób, a na pewno nie w ciągu jednego dnia.

Już po zmroku wychodzimy pod ogromnym wrażeniem samego Luwru, jak i jego gigantycznych zbiorów. Z daleka widać niesamowicie oświetloną wieżę Eiffla, a my tuptamy w poszukiwaniu autobusu. Mijamy m.in. ambasadę USA oraz Place de la Concorde, z obeliskiem podarowanym przez Egipt dla Francji… (https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/5/56/Place_de_la_Concorde_Paris_02.jpg ). Pamiętając, że spod opery mamy kilka połączeń do siebie, tak poszukujemy autobusu, że podjeżdżamy kilka przystanków i musimy się przesiąść. Trudno rozeznać się w tutejszych przystankach, ale z pomocą przychodzi nam sympatyczna kobieta i przedstawia się jako Veronic 🙂 🙂 🙂 Od razu organizuje osobę z internetem i odprowadza nas na właściwy przystanek, jeszcze sugerując byśmy odnaleźli ją jutro w podanym przez nią miejscu 🙂 🙂 🙂 Przypadek?- nie sądzę! 🙂 🙂 🙂 Magia Paryża i już! Dojeżdżamy do hotelu i znów miły personel, z życzliwością się do nas odnosi, zaczarowany ten Paryż:) 🙂 🙂 !!!. A jutro o ile pogoda na to pozwoli w planach m.in. wieża Eiffla.

13-16.03.2015

21 marca 2021 Początek wiosny

Jak wiadomo wiosna ma wiele początków, zanim jednak o nich, dwa słowa o tym, co się nie udało miesiąc wcześniej (z maleńkim okładem 🙂 ) Swojego czasu opisywałem niezupełnie świecką tradycję, by co roku 11-go lutego pojawiać się na Jasnej Górze. Wprawdzie nieco później, ale z łaskawym błogosławieństwem aury – dotarliśmy 🙂

 Zdecydowanie było za co dziękować, ponieważ pomimo pandemii miniony rok z wielu względów był rokiem przełomowym. Jak zawsze też zanoszone w modlitwach prośby były liczne i tylko pozostaje mieć nadzieję, że nikogo w nich nie pominąłem.

Pozwolę sobie po raz kolejny zacytować Artura Andrusa: „każdy kij ma dwa końce lub jak kto woli dwa początki” 🙂 Skoro już ustaliliśmy, że są różne początki, to po kolei, ale najpierw dygresja. W filmie „Hotel Budapeszt” była mowa: „to początek końca, końca początku”, więc carpe diem.

I piłkarska wiosna, bo tak jakoś się podziało, że ta wystartowała już w styczniu 🙂 🙂 🙂

II meteorologiczna,

III termiczna, na którą jeszcze pozostaje nam poczekać,

IV Wiosna Życia, czyli ta naaaaaaaaajpiękniejsza.

Czym jest ta najpiękniejsza? Na to pytanie niech każdy odpowie sam! Wszystkie jej liczne oblicza zdecydowanie są wytęsknione, natomiast słońce, bazie, krokusy i co najmniej kilkanaście stopni na plusie chyba większość darzy sympatią 🙂 🙂 🙂 https://twitter.com/pawel_kekus/status/1373687032585797632

P.S. Nie tak dawno Wisła „dziurawym okrętem”, wolę to pamiętać, niż być malkontentem.

Poprzednie wpisy poświęciłem podróży marzeń do Barcelony, ale tak się składa, że wiosnę było nam dane powitać też w Paryżu 🙂 🙂 🙂 . Czas to był zwariowany na maxa, gdyż w tym dniu przy R22 odbywała się „ Święta wojna” czyli najstarsze derby w Polsce. Specjalnie na ten mecz Wisła Kraków wypuściła okolicznościowy szalik-cegiełkę i to właśnie z nim od rana paradowałem w okolicach Luwru, łuku triumfalnego i on też ze mną i z MK zawędrował niemal na szczyt Wieży Eiffla , ale … Jak już tam się znaleźliśmy czas jakby zaczął biec po swojemu, albo wstrzymał oddech. Choć na bieżąco z Krakowa byłem informowany o przebiegu meczu, efekt był taki, że sms-y  odczytałem wiele godzin po zakończeniu meczu, lecz moje szczęście i tak było niepomierne 🙂

Krew gorąca

Życie życiu mnie zwróciło,

nie obeszło się bez walki,

wiele kopii pokruszyło,

owczy pęd, miłosne szranki.

Oderwałem się od ziemi,

zacnym winem upojony,

wieża Eiffla wśród zieleni

z nią niemocy łamię szpony.

Wielki wybuch dał początek

czemuś, o co walczyć warto,

taka miłość to wyjątek,

Bóg najwyższą zagrał kartą.

Dojrzałe owoce słońca,

co dzień szczęście pomnażają,

w żyłach szumi krew gorąca,

nurt Sekwany zagłuszają.

Gdy kolana się ugięły,

pod naporem nieznanego,

łzy z mych oczu popłynęły

lecz pamiętam, nie dlatego.

21.03.2017r.

Połknięte lektury: Bernard Minier „Na krawędzi”, Remigiusz Mróz „Chór zapomnianych głosów”.

18 marca 2021 Ciąg dalszy ciągu dalszego

Jak tak już sobie leżałem na chodniku, zanosząc się od śmiechu, ze stoickim spokojem podeszła do mnie Zuzia i tutaj cytat: „No jasne, Wielki Wezyrze, jak się nie wypiiiiiiii……sz, to sobie nie poleżysz”. Może i cierpka, ale jednak prawda 🙂 🙂 🙂 Upadek, upadkiem, ale jeszcze w tym samym dniu czekał nas Everest, jeśli chodzi o moje marzenia, więc spod katedry metrem błyskawicznie do domu na obiad i po wcześniejszym umówieniu się z Pawłem, sprint do metra i w drogę na mecz. Kilka słów muszę poświęcić jak nadzwyczajnie wygląda podróż tą formą komunikacji, w takim mieście jak Barcelona. Całe pokolenia od stóp do głów poubierane w barwy FCB i w kolory Katalonii. Ja, rzecz jasna nie odstawałem, a Zuza z MK choć początkowo miały zaczekać w domu, postanowiły odwieźć nas do Świątyni Futbolu. Po drodze oczywiście minikabaret, bo nie udało się ukryć, że nie jesteśmy Hiszpanami, więc mile widziana była koszulka i mój szalik, choć jak zwykle miałem ze sobą smyczkę Wisły Kraków. Trochę dokazywaliśmy i nie pamiętam już szczegółów: czy w sposób wygranego zakładu, czy też inaczej, udało mi się nakłonić Zuzię na pocałowanie herbu FC Barcelony na mojej koszulce, czym w całym wagonie wzbudziliśmy aplauz. W końcu dotarliśmy na wymarzone Camp Nou, a że do meczu pozostało jeszcze sporo czasu, to dosłownie przepadliśmy w kilkupiętrowym sklepie klubowym. WOW, WOW, WOW! Żeby to na Wisełkę można było tak w klubowych barwach śmigać po mieście i żeby choć w połowie jej sklep był tak zaopatrzony, jak ten FCB… Za namową dziewczyn odśpiewałem: „nawet słynna Barcelona mej Wisełki nie pokona”, co jak później się okazało, zostało utrwalone kamerą. Niebawem pojawił się Paweł z naszymi biletami, dałem pomalować sobie facjatę w herb oraz barwy Dumy Katalonii i zasiedliśmy na trybunach. Stadion gigantyczny, aczkolwiek daleko mu do nowoczesności i przyznać muszę, że z naszego fundacyjnego balkonu widoczność jest znacznie lepsza, ale… zabrzmiał hymn FC Barcelony i nuciłem go do momentu, jak wygrało ze mną wzruszenie i poryczałem się, jak dzieciak. Było warto tyle lat nosić w sobie te marzenia, więc gdy one jedno po drugim zaczęły się spełniać, emocje wzięły górę 🙂 Dodam tylko, że mecz był z Deportivo La Coruña, w którym to zespole za kilka lat miał się pojawić Cezary Wilk, po transferze z Wisły Kraków 🙂 Gol na 1-0 autorstwa Pedro Rodriguesa i tuż po wejściu z ławki Leo Messiego. Czy w tym dniu mogło być coś piękniejszego… Nie wiem, czy piękniejsze, ale też niezapomniane było powitanie nas po meczu przez MK i Zuzę: ta druga w jednej z moich koszulek Dumy Katalonii. Nie od razu udało się zasnąć i dobrze, bo tego dnia (i nie tylko) nigdy nie zapomnę 🙂 🙂 🙂 🙂 🙂 🙂 🙂 🙂 🙂

Pomimo zapewnień MK nie mieliśmy pewności, czy coś jutro jest nas w stanie jeszcze oczarować, ale ruszyliśmy do centrum. Pierwszy przystanek: Casa Milà (https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/d/de/Casa_Mil%C3%A0%2C_general_view.jpg) i niemal vis a vis Casa Batlló (https://hispanico.pl/wp-content/uploads/2016/01/casa-batllo-zabytek-gaudi-architektura-dom-kamienica-sztuka-barcelona-katalonia-hiszpania-fasada.jpg), rzecz jasna autorstwa Antonio Gaudiego. Istniała opcja zwiedzenia tego pierwszego, choć kolejka była spora i cena nieco odstraszała, to kolejny raz potwierdziło się, że jak zwiedzać, to tylko „na kulawego” 🙂 Cała nasza czwórka dostała zniżkę i tak jak pod katedrą wyłowiono nas z tłumu i wpuszczono osobnym wejściem. Czy jeszcze powinno mnie to dziwić? W końcu to ludzie cywilizowani, więc obchodzili się jak trzeba z Wielkim Wezyrem 😀 Budynek, jak z bajki, robiący mega wrażenie, a zwłaszcza jego dach z kominami w kształcie morskich organizmów, wow! Potem w dół la Ramblą, rzut oka raz jeszcze na bajeczny plac Reial i z Barcelonetty wyjazd kolejką linową na wzgórze Montjuïc, inaczej zwane Olimpijskim. Tam znów stada papug i ot tak sobie rosnące mandarynki. Podczas zjazdu ze wzgórza obłędny widok na skąpaną w słońcu zatokę i rzecz jasna palmy, palmy, palmy. Już po zmroku po raz pierwszy pozwoliliśmy sobie odwiedzić restaurację, a po niej jeszcze w blasku księżyca odbyliśmy spacer po gotyckiej dzielnicy Katalonii 🙂

Kolejnego dnia skorzystaliśmy z uprzejmości gospodarza i jego samochodem pojechaliśmy na górujące nad miastem wzgórze Tibi Dabo(https://ocdn.eu/pulscms-transforms/1/iHBk9kpTURBXy83MjFkYTk3MDAwYTFhMGMxN2NiZTFmM2FjOTg1Nzg2Ny5qcGeWlQLNAxQAwsOVAgDNAvjCw5QGzP_M_8z_lAbM_8z_zP-UBsz_zP_M_5QGzP_M_8z_gaEwBQ), z którego to rozpościera się piękny widok na całe miasto i tutaj uwierzyć muszę na słowo: widać też dom Leo Messiego 🙂 A już wkrótce miałem oglądać zdobyte przez niego złote piłki, ponieważ Paweł podarował nam jako socios, bilety do muzeum na Camp Nou, które to zwiedzaliśmy, a ja ponownie nie byłem w stanie powstrzymać łez szczęścia. Z tegoż muzeum jest wyjście wprost na trybuny, więc tam też urządziliśmy sobie piknik, okraszony niezliczoną ilością zdjęć. W tak zwanym międzyczasie Paweł pojechał do domu, ponieważ wieczorem z własnej i nieprzymuszonej woli chciał podjąć nas kolacją… Kolacja była i owszem, a składała się, o zgrozo: głównie z owoców morza, a skoro Panie wymiękły ja usiłowałem wziąć to na klatę, ale nawet z pomocą znieczulenia alkoholem nie za bardzo byłem w stanie… 🙂 Po kolacji wyszliśmy z MK na łowy upatrzonych wcześniej sadzonek palm i kiedy tak w kamuflażu do nich się dobieraliśmy, otwarło się okno i na cały głos huknęła Zuza: „Złodzieje, palmy kradną! Ludzie!” – no cóż, cała Zuzanna. Nazajutrz już trzeba było pożegnać się z Pawłem, jeszcze rzucić okiem na centrum, zatokę i PALMY, do autobusu i fly to the Cracow, brrrrr – zimny.

Połknięta lektura: Stephen King „Mroczna wieża”, Tom VI i Tom VII cz. 1 i 2

ps. w tomie VIII tak „namieszał”, że główni bohaterowie spotkają autora dokładnie w dniu w którym się urodziłem, przypadek?nie sądzę!

16 marca 2021 Ciąg dalszy rzeki marzeń

Po powrocie do mieszkania pełni wrażeń i w cudownych nastrojach uznaliśmy, że nadszedł czas na spuentowanie tego dnia lampką wina 🙂 Zuzia, jak to Zuzia, zaoferowała się, że to ogarnie i w sposób należyty schłodzi trunek. Efekt był taki, że wino chłodziło się w zamrażalniku i jakoś tak wyszło, że odrobinę za długo i butelka z winem została rozsadzona 🙂 🙂 🙂 I patrząc dziś, z perspektywy czasu poważnie się zastanawiam, czy już wówczas nie był to element sabotażu, gdyż Zuzanna z powodzeniem (chyba) pracuje jako terapeuta od uzależnień Nasuwa się więc pytanie: czy to przypadek?

Po przespaniu niezamierzenie trzeźwej nocy, wyruszyliśmy na podbój kolorowej Barcelony, tym razem pierwszym celem była Sagrada Familia (https://hispanico.pl/wp-content/uploads/2020/03/sagrada-familia-barcelona-gaudi-zabytki-kosciol-architektura-atrakcje-katalonia-hiszpania.jpg). Zanim o niej, dodam tylko, że podróżowanie metrem było na totalnie wesoło, bo Zuzia karmiła nas obficie swoimi „sucharami”, ja dorzucałem opowieści z Londynu, więc Hiszpanie generalnie niezły z nas mieli ubaw. Stacja metra usytuowana jest tak, że wyjeżdżając windą z mroku wyłania się gigantyczna Sagrada Familia i ten efekt „WOW” w słowiański sposób określiła na pozór najbardziej stateczna uczestniczka naszej ekipy, krótko, acz dosadnie o k… i nie chodziło tutaj o angielskie ok 🙂 🙂 🙂 Niemal dookoła katedry ciągnęła się kolejka, ale „z pomocą” przyszła moja kulawość: przez strażników zostaliśmy wyłowieni z tłumu i było nam dane zwiedzić to kolejne z dzieł Gaudiego. Notabene wiele lat później z jednej z powieści dowiedziałem się, że Antonio Gaudi spoczywa właśnie w kryptach tejże katedry. Powiedzieć, że nam się podobało, to jakby nic nie powiedzieć, więc skoro brak mi słów, to nie będę się silił na ich poszukiwanie. Po prostu: to trzeba zobaczyć! Tak, jak i to, że vis-a-vis Sagrady Familii jest sklep FC Barcelona, w którym rzecz jasna zniknęliśmy na więcej niż chwilę… Po wyjściu z niego mój uśmiech był co najmniej od ucha do ucha, do szczęścia potrzebowałem jeszcze tylko buziaka od MK, więc odchyliłem się na maxa do tyłu i zanim ujrzałem to cud oblicze, już w górze widziałem, niczym niedoszłe warszawskie dwie wieże, sterczące moje nogi 🙂 No cóż, środek ciężkości okazał się nieubłagany i fikołek do tyłu na wózku niestety został słabo oceniony przez publiczność, mimo że liczyłem na dobre noty, chociaż za styl. Spowodowałem niezłe zbiegowisko, obecni ruszyli mi na pomoc, a widząc, że zanoszę się nie od płaczu, tylko od śmiechu popukali się w czoło, niewiele z tego pojmując. Nic dziwnego, bo i skąd niby u katalończyków wiedza, czymże jest „ułańska fantazja” 🙂 🙂 🙂 c.d.n.

Połknięte lektury: Jo Nesbo „Karaluchy”, Stephen King „Joyland”, Patricia Shaw „Rzeka słońca”.

10 marca 2021 Rzeka marzeń, return 🙂

Skoro ostatnio obiecałem, to zanim zagubi się to pośród innych pomysłów, postanowiłem raz jeszcze przywołać piękne wspomnienia 🙂 Dodatkowy powód podsunął Facebook, a dokładnie na nim jeden z moich znajomych poetów, czyli „Coobuz”.

https://www.facebook.com/photo?fbid=426162530893583&set=a.426162097560293

W tamtym czasie w „Grzechach niepopełnionych” opublikowałem m.in. wiersz pt. „Barcelona” 🙂 🙂 🙂 Powracam do meritum, bo zbyt dobrze znam siebie i coś mi mówi, że ten wpis może okazać się dłuższy niż pierwotnie zakładałem 🙂

W 2013 roku udało nam się kupić, jak na tamten czas – okazyjnie bilety, a tym samym stawało otworem co najmniej jedno z moich wielkich, niespełnionych marzeń, jeszcze z czasów, kiedy byłem „na chodzie” 🙂 Od znajomego fizjoterapeuty dostałem namiar na ciekawy nocleg u jednego z Socios FC Barcelona, o pięknym i polsko brzmiącym imieniu Paweł 🙂 🙂 🙂 Pojechaliśmy w składzie czteroosobowym, mając super wytyczne od Pawła, typu że: po wylądowaniu tu i tu, autobus taki i taki, potem linia metra taka i taka, wysiadamy tu i tu i gotowe. Choć z pozoru wydawało się to wszystko łatwe i logiczne, zdecydowanie bez MK by takie nie było.

Barcelona przywitała nas ulewnym deszczem, ale wówczas i on miał słodki smak. Początek poznawania stolicy Katalonii: po dojechaniu metrem na miejsce zaczęliśmy od La Rambla (https://www.fru.pl/city-break-barcelona/la-rambla). Kiedy tak spacerowaliśmy tą chyba najsłynniejszą ulicą w Barcelonie, deszcz ustał, pogoda zaczęła sprzyjać, jak i zdecydowanie humory. Kierowaliśmy się do informacji turystycznej umiejscowionej tuż przy pomniku Krzysztofa Kolumba, lecz zanim doń dotarliśmy w swym spacerze otarliśmy się o targ z owocami morza i Bóg mi świadkiem, że nawet spełnienie wielkiego marzenia do nich miało mnie nie przekonać 🙂 🙂 🙂 Mając MK za kompas, mapę i przewodnika trafiliśmy do bajecznego zaułku o nazwie Plac Reial (https://cdn.barcelona-top-travel-tips.com/wp-content/uploads/sites/3/2017/01/placa-reial.jpg). Dla człowieka, który na punkcie palm ma gigantyczną „palmę” to miejsce magiczne, dziś mógłbym porównywać je tylko do równie bajecznego otoczenia zbrojowni w maltańskiej stolicy. Pojawiło się nam słońce, więc nad zatoką nieopodal oceanarium mogliśmy podziwiać chyba nasz jeden z pierwszych pośród tysięcy magicznych zachodów słońca. Nazajutrz pojechaliśmy do parku Güel, zaprojektowanego, jak zresztą niezliczona ilość rzeczy w Barcelonie, przez Antonio Gaudiego (https://cdn.casabatllo.es/wp-content/uploads/1878/01/parc-guell.jpg). Bywałem w wielu parkach i w różnych „celach”, ale ten swoją specyfiką i przemyślanym projektem zdecydowanie się wyróżnia, a liczne w nim papugi i tak charakterystyczne dla Gaudiego mozaiki wprost kradną serce. Jeszcze gigantyczne bańki mydlane, to wszystko nie raz i nie dwa kazało upewniać się, czy się nie śni 🙂 A to nawet jeszcze nie była połowa atrakcji… 08 marca, czyli w Dzień Kobiet zafundowałem kobietom lody koło smoków, choć nie wiślackich, tylko na La Rambli (https://ekskursja.pl/wp-content/uploads/ngg_featured/IMG_0804.JPG) i dalej korzystając ze słońca niezapomniany piknik na plaży Barceloneta. Tam też chyba po raz pierwszy w marcu było mi dane zanurzyć stopy w Morzu Śródziemnym 🙂 Teraz czas na anegdotę: podczas owego pikniku na plaży, w znajdującej się nieopodal restauracji skorzystaliśmy z toalety 🙂 I anegdoty by nie było, ale my się w niej kurna zatrzasnęliśmy 🙂 🙂 🙂 Na szczęście z pomocą przyszła moja „perfekcyjna” znajomość hiszpańskiego, więc: „Aiuto! Aiuto! Aiuto!”, aż w końcu nas uwolniono 🙂 🙂 🙂 Skoro uniknęliśmy tam noclegu można było pospacerować nad zatoką pośród palm i tancerzy flamenco. W drodze powrotnej pod me stopy sfrunął spory kawałek kory palmy, od razu zgodnie ochrzczony „paździrzem” i tam też wytłumaczyłem Zuzi, że nawet palmy składają pokłony „Wielkiemu Wezyrowi” 🙂 🙂 🙂 Ostatni już punkt w tym dniu to pod Zamkiem de Montjuïc (https://www.fru.pl/media/img/uploaded/packages/top10/attractions/bcn/fontanna.jpg) i pokaz fontann tańczących w rytm znanej muzyki filmowej i nie tylko, ubarwionych fantastyczną iluminacją. Ech, ta Barcelona!

Barcelona

Nie popchniesz mnie w dryf
bez celu, bez planu,
w drogę na kraj świata,
przez szkwał oceanu.

Liczne doświadczenia
stępiły brawurę,
lecz proszę nie pytaj,
nie odpowiem które.

Codziennie oddzielam
ziarenka od plew,
chociaż wyobraźnia
wciąż napędza krew.

Mogę już odpuścić
skok ze spadochronem,
byle znów zobaczyć
piękną Barcelonę.

25.12.2012
aktualizacja 13.03.2013

Ciąg dalszy nastąpi.

Połknięte lektury: Stephen King „Mroczna wieża. Tom VI”, Szczepan Twardoch „Pokora”.

08 marca 2021 Dzień Kobiet

Chociaż wkoło jest pandemia

to me myśli każą bym

na Dzień Kobiet słał życzenia

w których zdrowie wiedzie prym! 🙂

Nie będę się tutaj rozwodził nad tym, czym byłby świat bez kobiet, bo to nie ma sensu, tak samo jak ewentualna rzeczywistość bez nich!!! Inna sprawa, że proporcje takie, jak w filmie seksmisja też niekoniecznie byłyby optymalne i to nawet pomimo tego, że cytując jednego z bohaterów: „konkurencji niemal żadnej” 🙂 🙂 🙂 U mnie niezmiennie ósmy marca kojarzy się też z więcej niż cudowną podróżą z roku 2013 do kobiety, a jakże, wszak Barcelona przecież jest kobietą. Chyba nie przesadzę z twierdzeniem, iż to właśnie ona zapoczątkowała niesłabnący apetyt na kolejne podróże z MK do momentu, aż Europę i świat spowił COVID-19 brrrrr. Tam było wszystko: palmy, morze, FC Barcelona, plaża, piękne zachody słońca, zabytki i nawet targ z owocami morza, który to zanim się zobaczyło już z daleka się go czuło 🙂 Szczęściem pozostają wciąż żywe wspomnienia, zdjęcia, filmy, etc. W tym miejscu obiecuję, że postaram się kiedyś powtórzyć wpis o tej bajecznej podróży, ponieważ ślad w archiwum bloga już się zatarł.

Rzeka marzeń

Słońce tańczy w twoich włosach,
w sposób niemal namacalny,
perli się zielona rosa
lśniąc w kołysce z liści palmy.

Strop wszechświata nadwątlony,
jakby ziemia się zachwiała,
echa wspomnień Barcelony,
rzeka marzeń wykipiała.

Zaufałaś moim rękom,
świt rozbłysnął na twej dłoni,
nad zatoką rytm flamenco
snów drogowskaz Katalonii.

Gotyk, barok czy secesja,
dzieła sztuki, piękne miasta,
rejs przez życie jak obsesja,
choć pandemia każe basta . . .

03.03.2021

No cóż, Wisła rzecz jasna też jest kobietą i w ten weekend gościła Górnika, ten okazał się nieczułym i ledwie zgodził się na podział punktów 🙂

Połknięte lektury Jo Nesbo „Więcej krwi”; Zygmunt Miłoszewski „Domofon”; Robert Małecki „Porzuć swój strach”.

28 lutego 2021 Waleczne serce

Dla postronnego „odwiedzacza” mojego bloga zapewne mógłby on, czyli tytuł wpisu kojarzyć się z problemami kardiologicznymi lub dla tych, którzy znają mnie trochę lepiej z tomikiem „Wisełka nie zginie” 🙂 🙂 🙂 Ponoć prawda, jak zawsze leży pośrodku, a przynajmniej być tak powinno, według autora tegoż powiedzenia – więc cytując pseudoklasyków: trafiam „w środek sedna” lub „w środek dziesiątki” albo o zgrozo „celnie w sam cel”. Niedzielę rozpoczęliśmy od odwiedzenia grobu zmarłej w połowie stycznia Natalii Mrazek – dla zainteresowanych o Natalii ciut więcej już było w odrębnym wpisie. Do Natalii i bez pomocy klasyków zdecydowanie pasował tytuł „Waleczne serce”, ponieważ od urodzenia borykała się wbrew wszelkim diagnozom i po troszę też wbrew logice m. in. z potworną wadą serducha, czym zdołała zadziwić medycynę i nie tylko ją.

W mej pamięci wciąż pozostaje Natalia, żywiołowo reagująca na naszym fundacyjnym balkonie podczas meczu Wisły Kraków 🙂 Ten niedzielny zdecydowanie też przypadł by jej do gustu i zdradzę tylko, że trochę z nią „porozmawiałem” mając nadzieję, że daj Boże, wciąż im kibicuje.

https://twitter.com/pawel_kekus/status/1366018375089074182

O tym, jaki wpływ na mnie mają zwycięstwa Wisełki, to jest to, cytując innego klasyka: „oczywista oczywistość”. Tak więc między innymi dzięki „Bogusiowi” Biała Gwiazda podtrzymała dobrą passę 🙂 🙂 🙂

Waleczne serce

Rafałowi Boguskiemu

Przy Reymonta murawa ,

niczym deski w  teatrze,

ma szacunek i brawa

tutaj  Rafał od zawsze.

Nie policzę trenerów,

którzy mu zaufali ,

nie wywijał numerów,

chyba nie żałowali?

Nieraz mogło być więcej

w statystykach Bogusia,

wszak waleczne ma serce,

jest przykładem pracusia.

Miejsce ma w naszej kadrze,

bo tytanem jest pracy,

biorą lekcje – a jakże,

„nieco” młodsi Wiślacy.

Może jeszcze się zdarzy

mecz wybitny Rafała,

uśmiech jego na twarzy,

za czas z Nami mu chwała.

27.11.2016

Z kronikarskiego obowiązku wspomnę, iż ostatnim meczem jak do tej pory oglądanym przeze mnie na żywo z trybun przy R22 był tak, jak i teraz mecz z Wisłą Płock. Niestety wówczas to Wisła z Płocka strzeliła nam trzy gole i zainkasowała komplet punktów 🙁

Powyżej już było o „środku dziesiątki”, więc choć temat zgoła odmienny, ale też z dziesiątką w tle, a nawet w koronie 🙂 🙂 🙂 Klaudia, czyli moja chrześnica skończyła już 10 lat, choć sam się nieraz zastanawiam, kiedy ta dyszka upłynęła. Niezmiennie była, jest i będzie naszym wielkim powodem do dumy.

Tak, tak, wiem, że w środku pandemii uroczystości powinno się unikać, lecz skoro żadnych urodzin i nie tylko nie opuściłem, to Klaudusia zdecydowanie jest tym wyjątkiem, godnym odstępstwa od reguły unikania spotkań.

Ponadto ten czas z każdej strony jest obarczony tyloma obostrzeniami, iż choćby dla zachowania zdrowia psychicznego zobaczenie się z wieloma osobami po raz pierwszy od ponad roku – bezcenne 🙂 🙂 🙂

Połknięte lektury, nomen omen 🙂 : Sabri Louatah „Dzikusy. Tom 1”, „Dzikusy. Tom 2” (nomen omen to stąd, że Rafał Boguski w swojej piłkarskiej młodości nosił pseudonim „Dziki” 🙂 ), Nicolas Sparks „Anioł Stróż”, Jo Nesbo „Upiory”.

23 lutego 2021 Robić swoje? Tak, ale jak?

Żeby było lepiej… ale lepsze, jak wiadomo jest wrogiem dobrego, więc jak? Kiedy wiadomo, że nadgorliwość gorsza jest od faszyzmu! O czym autor bredzi? No to po kolej. Chciałem coś zmienić w rehabilitacji, poszukałem nowej i „zamienił stryjek siekierkę na kijek” 🙁 Ale nie wszystkie zmiany są złe 🙂 Pod koniec ubiegłego roku Wisła zmieniła trenera i to wyszło jej na dobre 🙂

https://twitter.com/pawel_kekus/status/1362863078178709505

https://twitter.com/pawel_kekus/status/1362876660006158344

Ja zaś mecz piątkowy, czyli bój z ówczesnym liderem ekstraklasy oglądałem już nie tylko jako posiadacz akcji Wisły Kraków, lecz wciąż tylko w mojej świadomości, tylko już taki stuprocentowy, mogący na nie z dumą spoglądać 🙂 Zdecydowanie byłem i jestem happy, dziękuję Wam Zuza i Amadeusz! Piątek, czyli weekendu początek, zainaugurowany w najlepszy sposób 🙂 W sobotę zaś do śmiechu było mało, choć to nie ta sobota przysporzyła bólu głowy. W poprzednim tygodniu w Tatrach zeszła lawina, zabierając na zawsze m. in. dobrą koleżankę MŻ 🙁 której sporo też zawdzięcza. Choć sobota była ciepła, słoneczna i w ogóle, to na pogrzebie w Zakopanym łez wylano istne morze…

Po obu stronach

Kiedy ciemność dłoń zaciska

na tym co jest w życiu miłe,

gdy strach w oczy zajrzy z bliska,

czas zmieniając w lodu bryłę.

Zimna ściana, cień, stop-klatka,

mgła na ustach ciszę kładzie.

Błąd w klepsydrze? Czy zagadka

na błękitu nartostradzie?

Wielki ciężar dech odbiera,

tym co są po obu stronach,

„zbite lustro” żniwo zbiera

gasząc życie w pasji szponach.

18.02.2021

Niedziela też więcej niż pogodna, padł więc pomysł, by wykorzystać jej uroki z MŻ, z teściową i z Wieną w lesie Wolskim. I tu też lepsze wrogiem dobrego, gdyż droga pod klasztor była pięknie odśnieżona, natomiast my skręciliśmy w kierunku zoo i tu zonk, ponieważ elektryk na śniegu to spółka z o. o. Buksował, ślizgał się, więc pozostało mi grzecznie zaczekać, a dziewczyny brnąc w mokrym śniegu doszły aż do zoo. DO końca chyba nikt nie był zadowolony, bo i ludzi też było sporo 🙂 🙁 😉

Stephen King „Mroczna wieża. Tom IV i V”, Artur Domosławski „Kapuściński non-fiction”

15 lutego 2021 Ilość cukry w cukrze

Po kilku poprzednich wpisach postaram się krótko, zwięźle, aczkolwiek wciąż na temat, choć coś mi mówi, że ilość cukru w cukrze została już nadwyrężona 🙂 Kilka słów jednak obowiązkowo paść musi, bo czy mam dla kogo? Cytując klasyka: „Jeszcze jak!!!”. Może nie muszę, ale co najmniej powinienem przyznać się sam przed sobą że odkąd MK stała się MŻ, to i ta data 14 lutego stała się ważniejszą. Żeby nie przedłużać: były kwiaty i nie tylko i to w obu kierunkach :), super obiadokolacja, a na koniec prawie (i tu jak wiadomo słowo „prawie” robi różnicę), znów koncert Narodowej Orkiestry Symfonii Polskiego Radia, tyle tylko że, nie w Katowicach, a z Katowic 🙂 Zakupiliśmy bilety, ba, nie zabrakło nawet odświętnych kreacji 🙂 🙂 🙂 i zasiedliśmy w pierwszym rzędzie, tym razem przed telewizorem. Hmm, jak mawiał mój dawny kolega z innego życia: „lepszy rydz, niż Bolka trampki” i nic nie szkodzi, że tylko on tak do końca wiedział, o co mu chodzi w tym powiedzeniu. Koncert ogólnie udany, gdyż muzyka filmowa, jeśli odpowiednio wyselekcjonowana, inna być nie może. Choć zdecydowanie i nie jest to tylko moja odosobniona opinia, najdłużej z niego zapamiętamy utwór autorstwa tak mile nam się kojarzącego (z utworu obój Gabriela https://www.youtube.com/watch?v=5Gvrp20_WXM, niezmiennie przywołującego nam na myśl pewien sierpniowy dzień 🙂 🙂 🙂 ) Ennio Morricone pt. „Cinema Paradiso”.


A od jutra ja startuję z nową rehabilitacją, zaś MŻ praca, praca, praca i może choć tyle lepiej, że ma się pojawić słońce i nieco wyższa, z tych niższych temperatur 🙂

Połknięte lektury: Andrzej Łapicki „Nic się nie stało”, Bernard Minier „Noc”.

15 lutego 2021 Spojrzeć wstecz „łatwa” rzecz

Chociaż 14-ty luty do powszechnie kojarzona data z dniem Świętego Walentego lecz tak jak pisałem w poprzednim wpisie i jak zapewne Łatwo się domyślić moje walentynki były nieco wcześniej :))). Korzystając z zaproszenia Beaty-Anny Symołon pojechałem na spotkanie z twórczością Urszuli Kalecińskiej-Kucik.

https://www.facebook.com/photo.php?fbid=750154345161065&set=ms.c.eJxFztsNwDAIBMGOIl4HuP~%3BGovhA~_Rxh1hREER7QVEk8RXfHCT~_xDm2rchuHXFuunfZ13x50DL29XkfQvXOjZf9z3rP94n7u~%3BmFfxlD2dHop9d0DnHXT~%3B~%3Bx7b4YXxogzmQ~-~-.bps.a.750154298494403.1073742168.100004995196054&type=3&theater

Z autorką miałem okazję poznać się kilka lat wcześniej w Bukownie podczas koncertu zespołu „Po burzy” jako, że łÄ…czy nas wspólny mianownik tj. jesteśmy autorami kilku tekstów wykonywanych przez już wspomniany zespół :). Spotkanie okazało się być prawdziwą ucztą nie tylko poetycką lecz także i muzyczną.

Połknięta lektura: Jo Nesbo: Karaluchy
15.02.2017

Pewnie powinienem napisać, że wystartowała runda wiosenna ekstraklasy, ale z wiosną niewiele to ma wspólnego, więc zajmę się przyjemniejszymi sprawami :))). Dzień Świętego Walentego niby nikt nie obchodzi. bo to komercja itd., ale zawsze miło od ukochanej osoby choćby usłyszeć kilka milszych niż zwykle słów :)))). Tak się złożyło, że poszedłem drogą jakby standardową, więc był kwiatek, specjalny wiersz na tę okazję i tak się złożyło, że jeden z moich tekstów doczekał się prze-aranżowania go na piosenkę, swoją drogą uważam, że całkiem udanie :))).
https://www.youtube.com/watch?v=-tDFbGKscCc

Połknięta lektura: Czasami warto umrzeć Child Lee
01.03.2018

Jakiś czas temu MŻ wspominała i wówczas myślałem, że tylko przypadkiem, o tym iż miło by było pojechać na koncert do NOSPR-u 🙂 . Żyłem tak w błogiej nieświadomości, aż tu nagle, w to przez wielu nielubiane święto walentynkowe, w rewanżu MŻ ujawniła bilety na koncert muzyki filmowej i najpiękniejszych walców. Podobno ta data to tylko zbieg okoliczności, nie to jest wszak najważniejsze, liczy się pomysł, więcej niż dobry! Nie, żebym marudził, ale wyjazd do Katowic oznaczał tyle i aż tyle, że meczu Wisły z Lubina słuchałem na telefonie 🙂 . Na szczęście i broń Panie Boże – nie w trakcie koncertu :). Wisła wygrała 1-0, więc w dobrym nastroju można było oddać się uczcie melomana. Dziękuję, Kochanie!
05.03.2020

11 lutego 2021 Zima trzyma

Jedenasty dzień lutego wiele lat ściśle połączony był z Częstochową (powód Światowy Dzień Chorego, ustanowiony zresztą przez św. Jana Pawła II), a co więcej, zdarzało się i tak, że ta data zbiegała się z Tłustym Czwartkiem 😀 Jak wiadomo historia lubi się powtarzać, toteż z dzisiejszej lokalizacji do Częstochowy jest ledwie ciut dalej, niż o rzut beretem 🙂 i ponownie to święto wypada w Tłusty Czwartek. Przypadek? Nie sądzę! Pamiętam takie lutowe odwiedziny na Jasnej Górze, kiedy to bywało po kilkanaście stopni na plusie, o śniegu można było pomarzyć, rzecz jasna, o ile komuś go brakowało 🙂 A tego roku jest „biały armageddon” i temperatura za oknem brrrrrr wręcz krzycząca, że zima trzyma!

Olbrzym

Mróz zagęścił znów powietrze,
blade słońce zawstydzone,
zima się z uporem wlecze
przez wskazówki przyprószone.

Nawet płaszcz wstrząsają drgawki,
rękawiczki zaskomlały,
pod butami zgrzyt migawki,
świat jest bezlitośnie biały.

Śnieg sam z siebie przedawkował,
wypuszczając parę z ust,
czas sam w sobie zabuksował
ciut za długo na mój gust.

Biała czapa, lód na skroni,
krople potu u olbrzyma,
krótka odwilż już w agonii
skryła bieli ją kurtyna.

02.02.2021

Nie trzeba być omnibusem, by jasnym się stało, że taka aura nie jest moim sprzymierzeńcem, lecz to nie tak, że nikt się z niej nie cieszy. Oto kilka dowodów:

No cóż, by jakoś wpisać się w klimat i nie wyjść na totalnego malkontenta, to dziś śmiało poczynam sobie z kaloriami, a co mi tam, o ewentualnych konsekwencjach pomyślę po powrocie 🙂 🙂 🙂 Jeszcze jedna, może i najpiękniejsza odsłona zimy, zaczerpnięta z profilu znajomego 🙂

https://m.facebook.com/photo.php?fbid=3839061469487641&id=100001514786870&set=a.415644881829334&source=48

Połknięta lektura: Massimo Gramell „Niech ci się coś pięknego przyśni”

10 lutego 2021 Spojrzeć wstecz „łatwa” rzecz

Dobiegła końca akcja, a jej zwieńczeniem był mecz w którym to byłe i obecne gwiazdy zagrały dla Białej Gwiazdy. Pogoda typu pomieszanie z poplątaniem, gdyż nie zabrakło słońca ale wiatr skutecznie niestety neutralizował każde jego zapędy. Zapakowaliśmy się z MK i w drogę na umówione miejsce, bo na meczu pojawić się ma „Pan Tata” z kolegą 🙂 :). Znaleźliśmy się bez trudu i z maleńkimi perypetiami parkingowymi ruszamy wspólnie na mecz. Zanim wybrzmiał pierwszy gwizdek na murawie duuuużo zabawy , a najważniejsze, że to wszystko z chęci pomagania 🙂 🙂 🙂
Wisła Kraków to NASZA historia
Wisła Kraków mą historią
pewnie piszesz ją też ty,
choć skąpana jest euforią
w tle też kiedyś były łzy.
Aby Gwiazda rozbłysnęła
my jej pomożemy,
ponad stuletniego dzieła
strzec wiernie będziemy.
Kibic Wisły jest z Tym Klubem
nie tylko w Krakowie,
dbajmy więc o Jego chlubę
pomagając sobie.
Wielka Wisła ma swe miejsce
w kraju i Europie,
więc na pokład wszystkie ręce
by znów być na topie.
Nasz klub nigdy nie pozwala
tylko na przeciętność,
jest szacunek do rywala
a Wisła to świętość!
Białej Gwiazdy pokolenia
co rusz się zmieniają,
tu tradycje się docenia
o historię dbając.
11.09.2015

Sam mecz nie był wielkim widowiskiem, choć goli padło aż siedem, obecna drużyna Wisły pokonała nasze gwiazdy 6:1. Z MK poprosiliśmy Naszych aktywnych niepełnosprytnych o krótkie wypowiedzi dla zaprzyjaźnionej organizacji CAFE. Mecz nie dostarczył adrenaliny a uczucie chłodu coraz bardziej dawało się we znaki, więc po meczu w poszukiwaniu czegoś gorącego, udaliśmy się do Rynku i ostatecznie wylądowaliśmy w Gruzińskiej Restauracji „Chaczapuri”. Po totalnym obżarstwie i wypiciu średnio gorącej herbaty czas zawijać się do domu, bo przed niektórymi jeszcze ponad 100 km :).

Czas wracać bo jak to się rzekło dzisiaj dobiegają eliminacje do ME, ale to nie jedyna impreza sportowa w której nasi biorą udział, ponieważ siatkarze też już robią swoje na Mistrzostwach Europy. Polscy piłkarze wygrali mecz, jest awans i w doskonałym stylu w pełni zasłużyli na wyjazd do Francji.

A nazajutrz rano biały armagedon, dowaliło śniegu tyle, że nasze tuje na ogródku przygięło niemal do ziemi… Zima- brrrrrrrr, za wcześnie i zdecydowanie miejskiej odsłony nie lubię i basta. Pozostaje tylko wierzyć, że to chwilowe zimy występy, gdyż jeszcze tyle ciekawych planów 🙂

10.10.2015r.

Wcześnie rano pobudka, szybkie śniadanie i na miejsce zbiórki, bo jak co roku obowiązkowo Częstochowa. Na autokar czekaliśmy tylko parę minut, więc logujemy się na miejsca i w oczekiwaniu na pozostałych już by się chciało. . .
Droga mija bez przeszkód, a moje myśli wybiegają o wieleeeeeeeeeee dalej niż do samej Częstochowy. Bo to już dziś ruszamy do Wiednia w poszukiwaniu może czekającej tam wiosny. . . 🙂 🙂 🙂

Ale po kolei: wpierw Jasna Góra: jak zawsze przed Cudownym Obrazem było za co dziękować, a może nawet tym razem jeszcze więcej niż zwykle a i próśb było całe mnóstwo i mam nadzieje, że nikogo nie pominąłem (szkoda tylko, że znów to święte miejsce nie wszystkim służyło do modlitwy, ale cóż widać taki nie pisany świecki, wredny obyczaj…).

To miejsce jest szczególne dla mnie również z innego powodu, bo to tam po raz pierwszy usłyszałem, to coś co dodaje sił, w co wierzę i dla czego gotów jestem na wiele. . .

Skoro słowo się rzekło to tym razem inaczej niż zwykle nie wracam od razu do Krakowa tylko przez „pokusę” do Wiednia.

11.02.2015r.

07 lutego 2021 Pomimo że

Tak już bywa i pomimo moich starań „zaklinania rzeczywistości” ta data (data nieudanej operacji, która to jedno moje życie zamknęła, drugie otwierając) nie chce pozostać mi obojętną :/ Nie zamierzam jej specjalnie celebrować, nawet jeśli w kalendarzu podszywa się pod niedzielę 🙂 Tak już mam, że jak coś we mnie siedzi, to dopóki czegoś nie przeleję na papier, dopóty to mierzi i pogryza mnie od środka, więc w ten sposób daję temu odpór:

Jestem, więc piszę

Szukam mych słów po kieszeniach,
asa po rękawach kryjąc
ciągle się obraca ziemia,
żyję pisząc, piszę żyjąc.

Dawno mleko się rozlało
nie ma sensu szastać wetem,
Niebo super karty dało,
i najlepszą mam kobietę.

Zakrzepniętych dni tabuny,
parzył siódmy dzień Lutego
mniej w nich tremy, więcej dumy,
bliżej celu obranego.

Po co snom podkładać nogę?
Nie do końca grać fair play,
póki słowo znaleźć mogę
to i mi na duszy lżej.

01.02.2021r.

Z drugiej zaś strony są inne powody do uśmiechu, ponieważ Wisła wygrała pierwszy w tym roku, choć posługując się określeniem, którego osobiście nie znoszę: „mentalnie”, czy jak kto woli – powinna, odnieść drugie zwycięstwo. Tak jak w zagadnieniu z początku wpisu nie lubię się bawić w „co by było, gdyby…” natomiast od zawsze jestem zwolennikiem „pomimo że…”.

Siarczysty Mróz trzyma w imadle zimowym,

Wisła zwyciężyła dziś w meczu domowym.

Sędzia nie partaczył i na zero w tyle,

Brown wstrzelić się raczył i ode mnie tyle.

P.S.

Wiślaccy piłkarze mimo przeciwności

„puścili” z bagażem białostockich gości.

Połknięte lektury: Olga Tokarczuk „Opowiadania zimowe”, Maria Czubaszek „Nienachalna z urody”, Jo Nesbo „Wybawiciel”, Zygmunt Miłoszewski „Bezcenny”.

01 lutego 2021 Spojrzeć wstecz „łatwa” rzecz.

Chodź ma wielu przeciwników, mam nadzieje, że jednak liczba zwolenników jest o wiele większa. Z mojego punktu widzenia potępiać kogoś za to, że chce pomagać jest absurdem i chodź wierzę, że ekspresyjny sposób bycia wielu może razić, ale uważam iż jeśli nie chce się pomagać to OK, ale świadomego przeszkadzania totalnie nie akceptuję!!!!!!!! Takie to już moje zezowate szczęście, że od wielu lat jestem bywalcem różnych szpitali i tym podobnych placówek i wielokrotnie korzystałem ze sprzętu medycznego ozdobionego tym magicznym logo, jakim jest serduszko, a tak się składa, że ten sprzęt nie wziął się znikąd. To, że jak mogłem i mogę z niego korzystać zawdzięczam hojności zwykłych ludzi, którzy od 25 lat wspierają inicjatywę zapoczątkowaną przez Jurka Owsiaka, więc i dla niego i dla tych ludzi wielkie chapeau bas :))))).

Róbmy swoje
Niech Orkiestra się nie martwi,
tym co mówią złe języki,
nie na przekór pewnej partii,
lecz dla dobra i muzyki.

W środku zimy powiew wiosny,
spontaniczny nie za karę,
my dla siebie to robimy,
więc do puszki złotych parę.

O rekordy tu nie chodzi
z nikim WOŚP nie konkuruje,
jeśli Go chcą wspierać młodzi
to tym bardziej gratuluję.

Robią swoje przez ćwierć wieku
I to z jakim powodzeniem
dobroć zawsze tkwi w człowieku,
choć zdarzają się jelenie
15.01.2017
Połknięte lektury: Carlos Fuentes: „Lata z Laurą Diaz”, Camilla Lackberg: „Ofiara losu”, Astor Piazzolla: „Moja historia”, Jacek Hugo-Bader: „Dzienniki kołymskie”, John Grisham: „Niewinny Człowiek”.
18.01.2017r.

01 lutego 2021 Jak na moje oko

Niedziela, słońce, trochę zimy, żyć nie umierać 🙂 Korzystając z cudnej pogody oraz z tego, że Wiena jest z nami, zanim przy R22 wystartuje ekstraklasa, czas na bajkowy spacer. Jak wynika z wielu poprzednich wpisów, nie zaliczam się do miłośników zimy, ubierania się na cebulkę, ani też nie podchodzę obojętnie do faktu, że nie mogę poruszać się na wózku – rzecz jasna o ile akurat go nie zapomniałem 🙂 🙂 🙂 Chyba jednak mimo wszystko jestem w stanie docenić urodę ośnieżonych parków i to nawet pomimo, że koła „elektryka” na śniegu wykonują nieoczekiwane drifty 🙂 Nie raz i nie dwa bez interwencji MŻ, wylądowałbym poza alejką i to jest zdecydowanie eufemizm 🙂 🙂 🙂 Jak na moje oko biel dookoła jest tyleż piękna, co i zdradliwa

.

Spacer generalnie udany, powróciliśmy w komplecie, a jeśli by to ode mnie zależało, to z końcem stycznia mógłby też następować koniec takich widoków:

Skoro w styczniu wiosnę mamy,

te piłkarską nie termiczną,

razem kciuki dziś trzymamy,

by trzy punkty były z Wisłą

Po udanym spacerze zasiadłem przed telewizorem i byłbym nieomal przecierał oczy ze zdumienia, ale tak szybko padały gole, że obawiałem się, że mógłbym jakiś przegapić, więc tak trwałem z oczyma jak pięciozłotówki 😉 Wisła zaczęła tak, jak zapowiadał nasz trener, z „wysokiego C” i doprawdy wszystko im wychodziło, aż tu nagle arbiter stwierdził chyba, że skoro i on jest na boisku, to niech o nim też będzie głośno… Nie podyktował dla nas rzutu karnego, a po chwili Piast po pięknej akcji zdobył gola. My odpowiedzieliśmy tylko uderzeniem w poprzeczkę, za to oni znów celnie. I miało być tak pięknie, ale nie było, ponieważ w drugiej połowie arbiter tym razem był już skłonny dyktować rzut karny, szkoda tylko, że tylko on go widział, a w opinii ekspertów wyglądało to tak, jakby przepisów sędziowania uczył się z nieznanego nikomu podręcznika, brrrr.

Mecz super, tylko punktów znowu brak.

Biała Gwiazda wiosnę czuje

choć jest pewne ale…

lepiej ją się obserwuje,

mogą drżeć rywale.

Nie istnieje zespół taki

i to nawet w erze VAR-u,

kiedy Główny byle jaki

nie uniknie się koszmaru

Połknięte lektury: Jarosław Hašek „Przygody Dobrego Wojaka Szwejka”, tom 1-4; Cora Reilly „Złączeni pokusą”.

27 stycznia 2021 Byle do wiosny

Styczeń z wolna finiszuje, wiosnę już się niemal czuje 🙂 🙂 🙂 Klasyczne myślenie życzeniowe, gdyż ja, jako istota ciepłolubna z gruntu do zimy mam stosunek cokolwiek obojętny. Nie chcąc narazić się góralom, tym bardziej, że sporo ich znam, nie posłużę się banałem iż „zima tak, ale tylko w górach”, bo z ciupagą w plecach gorzej się oddycha 😉 Jak okaże się poniżej, z popełnionego wiersza, skoro zaczynają się budzić niedźwiedzie, to chyba do wiosny bliżej, niż dalej? 🙂 Ba, powiem więcej, skoro w najbliższy weekend startuje rodzima ekstraklasa, to chyba coś jest na rzeczy. W miniony weekend zaś, na spacerze, kiedy byliśmy z MŻ i Wieną, gdy śnieg znikał niemal w oczach, świeciło słońce, a ptaki koncertowały w najlepsze, to tę wiosnę naprawdę się czuło 🙂 🙂 🙂 By nie być gołosłownym oto krokus w ogródku u mamy:

Jak jest ostatecznie to się okaże, lecz ja – autor, Herkules i kibic jestem już na nią gotowy 😀

Efekt cieplarniany

Ledwie zmarszczki w Matce Ziemi
śnieg odsłonił, lecz na chwile,
zima zewrze swe szeregi
gasząc słońce w lodu bryle?

W górach Niedźwiedź ślad zostawił,
kiedy schodził wraz z orszakiem,
mróz okienną połać strawił,
podpisując się ze smakiem.

Na nizinach po ogródkach,
tam gdzie ciągle połać biała,
krokusowa żółta główka,
jakby wiosnę witać chciała.

Zmierzcha sezon choinkowy
ledwo otulony szalem,
karp, nie towar eksportowy
i nie tęskni za tym wcale.

Wielkie zimy są w kronikach,
kwartał z chłodem nie wyjęty,
ogień tańczył w koksownikach,
bałwanowi marzły pięty.

Lepię jak pierogi słowa,
to mój efekt cieplarniany,
Everestem wciąż rozmowa,
choć już drzemie Elf kochany.

25.01.2021

Połknięte lektury: Steve Berry „Maltański łącznik”, Ewa Abart „Za zamkniętymi drzwiami”

25 stycznia 2020 Spojrzeć wstecz „łatwa” rzecz.
„Chociaż styczeń kalendarzowy już dawno za nami, ale kto powiedział‚, że musi być tożsamy ze styczniem autora? Wszak licencja poetica ma swoje prawa. Tak więc jeszcze słówko o końcu stycznia i postaram się kalendarzowi więcej kartek nie wywracać. Hmm, choć już tu pojawiło się votum separatum, że spokojnie, bo w takim normalnym kalendarzu już mamy kwiecień… ale kto powiedział‚, że jestem do końca normalny. Tytułem zakończenia stycznia muszę wspomnieć o spotkaniu „Pod Katarynką”- odbyła się biesiada poetów, autorów i ludzi piszących 🙂 na której to pojawiły się trzy moje okołotematyczne wiersze. Może nie powinienem zdradzać tajemnic „alkowy”, ale wyglądało na to, iż pozostałym uczestnikom po prostu przypadły do gustu 😀 Pierwszy z nich rzucam więc na pastwę krytyki, obelg i wszystko to biorę na tors „gladiatora”.
https://www.facebook.com/maria.lezanska/media_set?set=a.10210993721558479& https://www.facebook.com/maria.lezanska/media_set?set=a.10210993721558479&

„Wierny Twoim oczom”

Mocno zima się rozsiadła,
gasząc płynność w szklistej sopli,
w termometrze rtęć opadła
pośród tęsknych życia kropli.

Jak sforsować te okowy,
które zawładnęły światem,
widok marzy się bajkowy,
myśl rozkwita bujnym kwiatem.

Gwiazdy się na niebie tłoczą,
co rusz jedna strąca drugą,
ja wciąż wierny Twoim oczom
choć sam sen już trwa zbyt długo.

Łańcuch kartek z kalendarza
niczym lśniących pereł‚ sznur,
na palecie u malarza
zimne światło spoza chmur.

Miłość ścieżkę nam wytopi
jak latarnia zdusi mrok,
nić Ariadny wbrew utopii,
a z nią najpewniejszy krok.

Wśród zimowej śnieżnej burzy
pejzaż z tytanowej bieli,
my we dwoje w tej podróży,
choć zmarznięci lecz wtuleni.
26.01.2016

Niniejszym styczeń uznaję za zakończony. Czas na luty, hmm, hmm, a ten, jak zawsze od czasu „powtórnych narodzin” skłania ku refleksji i choć w ubiegłym roku sam sobie obiecywałem, że już o tym co 7-go lutego pas…ale pas to przydałby się na moje cztery litery, bo nici z tego wyszły, a raczej spod pióra coś takiego:

„Plątanina”

Mocno tkwię wśród żywych
nie prężąc muskułów,
sporo zmiennych krzywych
oszczędzę szczegółów.

Szkodzi nikotyna,
niekoniecznie wprost,
z błędów plątanina
i z miłości most.
07.02.2019 r.

Ten luty generalnie postraszył‚ zdrowotnie i kosztował‚ wiele stresu oraz siwych włosów, ale i tak – suma summarum – na jego koniec można było odetchnąć z jako-taką ulgą. Ekstraklasa rozkręciła się na dobre, choć pierwsze koty za płoty, bo dopiero w drugim meczu komplet punktów lecz patrząc z perspektywy, że mogło nas nie być na piłkarskiej mapie Polski, to jest więcej niż super 😀 😀 😀

Połknięte lektury: Igor Newerly „Wzgórze błękitnego snu”; Stephen King „Stukostrachy”, „Historia Lisey”, „Mgła””
04.04.2019r.

19 stycznia 2021 Inna perspektywa

Za oknami zima, siłą rzeczy dla osób z ograniczeniami w poruszaniu się z automatu oznacza utrudnienia, bądź spore wyzwania. Jak sam zwykłem „głaskać się słowem”: wyzwań się nie lękam lub hmm… prawie 🙂 🙂 🙂 Zazwyczaj mroźna i śnieżna zima u „niepełnosprytnego” oznacza w dużej mierze podziwianie jej z perspektywy szklanej, czytaj: zaokiennej. Ale, ale, skoro już zostałem Herkulesem, to nie tylko nie zamierzam, ale i nie siedzę wyłącznie na czterech literach, bo i MŻ by mi na to nie pozwoliła 🙂 Co więcej od początku roku chyba nie przesadzę mówiąc, że się zawziąłem i chodzę na bieżni iiii… jakoś idzie 🙂 Skoro więc już tak chodzę i skoro śnieg wyklucza korzystanie z wózka, toteż dziś miała miejsce sytuacja iście kabaretowa. Wiedząc, że jutro wybieramy się na pogrzeb i że Cmentarz Batowicki jest rozległy, podjechaliśmy do mamy i tup, tup, tup do mieszkania i tu konsternacja, bo padło pytanie: „A gdzie macie wózek?”. A my najzwyczajniej w świecie o nim zapomnieliśmy, co skutkowało popełnieniem owego wiersza:

Inna perspektywa

Świat zaiste jest ciekawy,
gdy bez wózka brnie kulawy,
kiedy o nim zapomina
i to nie jest tylko kpina

Może wejdzie mi to w krew,
tak jak kiedyś taniec, śpiew,
tylko proszę, niech o zgrozo
fakt nie będzie li sklerozą.

Jestem gotów do marszruty,
owszem, mam wygodne buty,
przez warunki pogodowe,
cóż – straciłem chłodną głowę.

19.01.2021r.

Wiem, że tłumaczą się winni i choć myślę, że nie ma nic strasznego na rzeczy, ale całkiem niedawno popełniłem inny wiersz o myśleniu, lecz jak czas pokazał: myślał indyk o niedzieli.

Bez obawy

Moje myśli się jąkają
może chcą się przypodobać,
dziwną lekkość posiadają,
ale nie chce już ich chować.

Dziś już wiele z nich spłowiało,
nadgryzionych czasu jadem
antidotum nie poznało,
choć podążam jego śladem.

Nie chcę dać erozji forów
do nierównej walki staję,
zmienne światła semaforów,
więc swe myśli zapodaję.

Mała kropla drąży skałę,
iskra zapowiedzią lawy,
nawet jeśli to zuchwałe.
Walkower? Nie, bez obawy.

12.01.2021

Połknięte lektury: Mari Jungstedt „Niebezpieczna gra”, Adam Cyra „Rotmistrz Pilecki”

18 stycznia 2021 Pomimo wszystko

Ten wpis paradoksalnie ociera się o jemu podobne, ponieważ wspólnym mianownikiem jest cień, natomiast Natalia Mrazek skutecznie „bawiła się z nim w kotka i myszkę”. Natalkę poznałem wiele lat temu na turnusie rehabilitacyjnym i jeszcze zanim ujrzałem ją samą usłyszałem głos jej mamy, proszący o pomoc i wspólną interwencję. Wówczas chodziło o kolejkę do lekarza i „dantejskie sceny”, których pani Maria chciała zaoszczędzić córce. Interwencja na tyle okazała się skuteczną, że po powrocie do Krakowa kontakt po dzień dzisiejszy ma się w miarę dobrze, o ile w tej konkretnej sytuacji słowo „dobrze” może w pełni spełniać swoje zadanie. Może więc czas na kilka słów o Natalii. Drobna, ciesząca się z każdego dnia i obecności ludzi osóbka z zespołem Downa i gigantycznie długą listą chorób współistniejących. Pomimo wszystko Natalia chwytała się każdego skrawka życia, rzecz jasna, dzięki oddanej jej bez reszty mamie – obie są doprawdy godne podziwu. Niestety szkoda, że urzędnicy tego i tak już trudnego żywota nie ułatwiali. Ba! A jeśli by wspomnieć lekarkę pierwszego kontaktu, to nawet w absurdalny sposób go utrudniali. I jeszcze tak ciężka wada serca, z jaką borykała się Natalka już dawno specjalistów od kardiochirurgii „wpędzała w kompleksy”. Przykład ten jest dowodem na to, że nawet będąc tak kruchych można zaskoczyć medycynę. I tak Natalia zaskakiwała ją wielokrotnie. Biorąc pod uwagę te okoliczności oraz wiele innych których nie przytoczę, gdyż wymagałyby wspominania osób, które nijak na to nie zasługują, świadomie, czy nie panna Mrazek stała się symbolem tego, iż póki życia, póty nadziei… I choć jej życie się skończyło, pamięć o niej niech trwa, bo na to zasługuje.

Niebieskie ogrody

Kiedy Bóg z nas wybiera
do królestwa swojego,
chociaż serce rozdziera,
wie najlepiej – dlaczego.

Pęka klepsydra czasu
na tym ziemskim padole,
dni wypadły z zawiasów,
inną wyznaczył rolę.

Dziś już po drugiej stronie,
gdzie niebieskie ogrody,
do modlitwy złóż dłonie,
On miał swoje powody.

Żal przenika do kości,
obietnicę tę mamy,
że za progiem wieczności
znów się wszyscy spotkamy.

W wielkim trosk Oceanie
z zimna drżą strachu palce,
lecz obiecaj nam Panie,
pamięć nieść o Natalce.

16.01.2021

Połknięta lektura: Elle Kennedy „Układ”, Jo Nesbo „Policja”.

02 stycznia 2021 Koniec i początek

Koniec roku szampański inaczej, gdyż ze względu na Wienę sympatyczny wspólny spacer po lesie Wolskim 🙂 Chyba udało się ją wystarczająco zmęczyć, bo z powodu lęku przed wystrzałami czeka ją niełatwa noc 🙁

Nie było tak źle, a w kameralnym i najlepszym gronie zawsze jest najlepiej 🙂

Skoro Nowy Rok i pogłoski o opustoszałym Rynku, więc czemu by tego nie sprawdzić. I żeby tylko nie ta pandemia, to byłoby cuuudnie. W drodze powrotnej słuchaliśmy audycji w Radiu Kraków o tomiku „Wisełka nie zginie” i nie tylko 🙂

Połknięte lektury: Mark Bowden „Polowanie na Escobara”, Edward Bulwer-Lytton „Ostatnie dni Pompei”

Rzut oka do odzyskiwanego archiwum: 26.01.2016 r.

Posłużę się eufemizmem i stwierdzę, że trochę dawno mnie tu nie było 🙂 W tzw. międzyczasie były Święta i Nowy Rok, a następnie komputerowo mój czas był‚ w większości zajęty sprawami „rodzącego się w bólach” tomiku. Dla utrzymywania jakiej takiej chronologii rzut oka wstecz… Wigilia w gronie rodzinnym u Artka, a I dzień i II dzień Świąt i to z samego rana zostałem „porwany” przez MK do „Pokusy”. Chociaż jak wszystkim wiadomo Święta swoje miejsce w kalendarzu mają pod koniec grudnia to oprócz kalendarza niewiele na to wskazywało. Korzystając z tego, oraz z faktu, Że do MK zabrałem też elektryka urządzaliśmy wypady na spacery do okolicznych lasów. Elektryk dał‚ radę i pozostali też 🙂 🙂 :)Â Po kilku dniach poniekąd obowiązki, poniekąd umowy już wezwały mnie do Krakowa, a więc mroźną noc sylwestrową spędziłem w najlepszym, kameralnym towarzystwie w Krakowie. Po Święcie Trzech Króli znowu dałem się porwać wirowi intensywnej rehabilitacji i pierwszy raz w roku 2016 byłem u Pani Beaty na SABASIE ale o tym już następnym razem.

Połknięte lektury:
Joe Gores „Czas wilka”
Wilbur Smith „Monsum”
Ernest Hemingway „Komu bije dzwon”
Ken Follet „Igła”
CzesŁ‚aw Miłosz „Dolina Issy”
Nele Neuhaus „Głębokie rany”
Przemysław Słowiński „Najlepsze anegdoty o sławnych ludziach”
Swietłana Aleksijewicz „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety”

Czas świąteczno-noworoczny.

Kiedy nie do końca wiem, od czego zacząć, to zdecydowanie najbezpieczniej o pogodzie 🙂 Na koniec tego dziwacznego roku śmiało mogę powiedzieć, że nas rozpieszczała, a że święta spędzaliśmy u rodziców, czyli dookoła lasy, lasy, więc tylko chwalić i już. Tym razem świętowaliśmy w komplecie, ponieważ wreszcie skutecznie udało się namówić na wyjazd wraz z nami mamę 🙂 Atmosfera była super, a pełny dom ludzi o dziwo w tym nie przeszkadzał 🙂 🙂 🙂 Było wszystko, pojawił się nawet śnieg, chociaż skromnie, więc tym razem nie trzeba było czekać do Wielkanocy 🙂
Bez pośpiechu

Płatki śniegu z nieba płyną
w swoim tempie, bez pośpiechu,
spróbuj cieszyć się godziną
w szczerym tuląc się uśmiechu.

Hostii bielą niech ukoi,
nie dlatego, że wypada,
zegar jeśli chce, niech stoi
a śnieg pada, pada, pada.

Grawitacja między śniegiem,
czasem na dół gwiazdy zsyła,
życie przesączone biegiem
spokój, cisza w nim, to siła.

Głębszy oddech i zaduma
nawet nad swymi słowami,
ciągle kręci się fortuna
uczmy cieszyć się chwilami.

24.12.2020


Były to nasze pierwsze wspólne święta z Wieną, toteż i dla niej nie mogło zabraknąć prezentów pod choinką.

Połknięte lektury: Stephen King „Mroczna wieża. Tom III”, David Lagercrantz „Ta, która musi umrzeć. Millenium, tom 6”, S.J. Watson „Zanim zasnę”, Zygmunt Miłoszewski „Dziennik pokładowy”.

21 grudnia 2020 Zima, brrrrr

Jest i ona, nie tylko meteorologiczna, ale też kalendarzowa i cóż, z mojej perspektywy, jak zawsze – byle do wiosny 🙂 Zasadniczo jest ok, bo zdrowie dopisuje, Wisła wygrała na zakończenie rundy i ukazał się mój tomik pt. „Wisełka nie zginie”. https://www.wisla.krakow.pl/aktualnosci/aktualnosci/wiselka-nie-zginie-tomik-poezji-pawla-kekusia?fbclid=IwAR0bbPVzegXzjG-W0sigDduiyPlTlUD3kqWwpEArVaMGVz_6twLmwUUYPRo

Mam nadzieję, że będzie się podobał, a MŻ i nie tylko, odetchnęła z ulgą 🙂 🙂 🙂

Wielkimi krokami zbliżają się święta, na przekór ogólnoświatowej sytuacji pandemii, plany są ambitne. Z drugiej strony jak w myślach analizuję cały mijający rok, to pomimo jego koszmarnych barw, u mnie (czytaj: u nas) jest też sporo pozytywów, m. in. ten uroczy na czterech łapach.

Hmm, ubolewam, że nie u wszystkich, bo znów „cień” dał o sobie znać ='( Zmierzając do puenty tego wpisu, pójdę drogą na skróty i posłużę się życzeniami z tomu „Wisełka nie zginie”.

Wszystkim życząc szczęścia

Święta już za pasem,
więc nam pozostało
życzyć wszystkim zdrowia,
by lepiej być chciało.

W rodzinach kibiców
oraz przy Reymonta,
niech troski z jesieni
migrują do kąta.

Żeby znów przy stole
wspólnym, Wigilijnym
mieć pewność, że Wisła
jest Klubem stabilnym.

Wpisana w historię
na to zasługuje,
nie tylko Nasz Kraków
Wiśle kibicuje.

Wszystkim życząc szczęścia
i co komu trzeba
Biała Gwiazda tlenem
i nam Jej potrzeba.

Połknięte lektury: David Lagercrantz „Co nas nie zabije. Millenium, tom 4”, „Mężczyzna, który gonił swój cień. Millenium, tom 5”.

Wesołych Świąt!

16 grudnia 2020 Cień

W ostatnim czasie z powodów pandemicznych i nie tylko, jest on bardziej obecny, wyczuwalny.
Znacznie częściej, niż dotychczas wśród bliższych, dalszych znajomych i nie tylko słychać o zmaganiach z ciężkimi chorobami.
Ten czas ostatni dla dwóch moich znajomych, stał się niestety ostatnim, w sensie dosłownym.
Odejście Andrzeja, czyli starszego kumpla z mego „ poprzedniego życia” było szokiem, nie tylko dla mnie. Nie raz i nie dwa podziwiałem Go na boisku, albo miałem przyjemność grywać w piłkę razem z nim. . .
Dosłownie w godzinach można by policzyć, kiedy gruchnęła wiadomość, że z szeregów FORBG odszedł młodszy kolega Norbert.
Tak jakoś odejście Tych dwóch osób nieodmiennie kojarzy mi się z boiskiem, ponieważ chyba nie byłbym w stanie policzyć meczów, na których wspólnie z Norbertem dopingowaliśmy nasza ukochaną Wisełkę…
Spotkamy się więc, gdy nadejdzie pora. Do zobaczenia, chłopaki, czy na boisku, czy na trybunach.

Cień
Zaśniedziały cierń rani pustkę,
rzucając cień
na kondukt zesłanych dni.
Pantomima, misterium
i wszystko nieuchronne, nieodgadnione,
lecz pozwalające na przejrzenie się w ciszy.
Zapadnięty w głąb siebie los,
zimny skalpel lustra,
cień wody kruchy jak szkło
podchodzi do brzegu i kołysze się
na gzymsie każdego dnia.
08.04.2019

Połknięta lektura: Stephen King „Mroczna wieża. Tom II”.

3 grudnia 2020 Powrót do przeszłości

Choć ta data w historii Polski kojarzyć się będzie już chyba zawsze jednoznacznie, tym razem ciut nie o tym 🙂 Po piątkowej wizycie na Wiśle, ba nawet po pierwszej połowie sobotniego meczu, humory dopisywały i nie w głowie mi było pytanie, czy jutro będzie Teleranek 🙂 🙂 🙂 Swoją drogą ciekawe ile z osób czytających ten wpis wie, czym był niedzielny Teleranek i dlaczego takim szokiem było, jak pewnej niedzieli go nie było 🙁 Nie warto żyć przeszłością, no chyba że taką, która kojarzy się miło, bardzo miło lub super miło. I teraz do sedna – w niedzielę postanowiłem „zafundować” nam podróż do mojej przeszłości, ponieważ na byłym stadionie Garbarni, a obecnie tylko KS Korony bywałem niemal w każdą niedzielę, na meczach wyżej wspomnianej Garbarni lub Telpodu Kraków. Bez mała większa część dzieciństwa kojarzy mi się z, w mojej opinii, najpiękniej położonym stadionem w całym mieście, czyli wysoko na Krzemionkach w górnych partiach tajemniczego Parku Bednarskiego.

https://pl.wikipedia.org/wiki/Korona_Krak%C3%B3w

Ileż to razy tutaj snute były marzenia nie tylko piłkarskie… Najpierw głównie z tatą i bratem się tam pojawialiśmy, potem z kolegami i nie tylko. W każdym razie miałem co opowiadać MŻ. Dziś cały ten obiekt w dużej mierze niszczeje, choć tu i ówdzie dotarł XXI wiek, jest boisko ze sztuczną trawą pod balonem, unowocześniona i oszklona budka z małą gastronomią, w której to dawno, dawno temu kupowaliśmy Paluszki Skawińskie, Prince Polo i oranżadę w woreczkach 🙂


Ale to już było, a dziś…
Połknięte lektury: Bernard Minier „Krąg”, Stephen King „Mroczna wieża. Tom I”

Derby nr 200

W ubiegły piątek wreszcie odbył się mecz, którym oprócz smogu oddycha i żyje piłkarska część Krakowa i nie tylko. Hmm, piłki nie było w nich za wiele, za to faulami sypnęło niczym z rogu obfitości 🙁 Kontrowersji istne mrowie, zarówno w trakcie meczu, jak i jeszcze długo po nim, ale cytując klasyka: „sorry, taki mamy klimat” 🙂 Z mojej perspektywy: dobrze, że mamy je za sobą i że mamy już nowego trenera, bo kontakt z Klubem był więcej niż utrudniony 🙂 🙂 🙂
Przyszła nowa miotła i tak zamiatała,
że w tej Świętej Wojnie punkcik dopisała
Święto dla kibiców, derby numer dwieście
i nadal Wiślacy rządzą w naszym mieście.
Wprawdzie tylko remis, ale u rywala,
debiut nie najgorszy trenera Hyballa.

Pogodowo, jak na grudzień nie jest źle i publicznie oświadczam, że w tym roku chyba byłem, gdzie tam, jakie „chyba”, po prostu: byłem grzeczny, bo przyszedł do mnie Mikołaj i to nie jeden 🙂 🙂 🙂
Połknięte lektury: Jo Nesbo „Pancerne serce”, Manuela Gretkowska „Miłość po polsku”, Olga Tokarczuk „Opowiadania bizzarne”

07 grudnia 2020 Minął już rok, w skrócie – szok 🙂

Wprawdzie długo to trwało, ale jak wiadomo – kobyłka zwierzęciem jest upartym, więc proszę o wyrozumiałość 🙂 W nawiązaniu do wpisu, o zgrozo! ubiegłorocznego, a dokładnie z dnia 17-go grudnia, zamierzam ruszyć w podróż z tekstem. Hmm, niby zrzuciłem winę na kobyłkę lecz, jak to mam w zwyczaju – najpierw dygresja. Skoro tyle wpis się nie pojawiał to posłużę się znaną maksymą, iż „szczęśliwi czasu nie liczą”, a poza tym „tłumaczą się winni”, itd. 🙂 .

No to ruszam: najpierw powoli, jak żółw ociężale… miało być o roku w podróżach, więc będzie.

Jak to mamy w zwyczaju z MŻ, wyruszyliśmy do Wiednia na koncert pod chmurką tamtejszych filharmoników i o tym tyle, bo w annałach można znaleźć szersze sprawozdanie. W sierpniu miała miejsce podróż życia – rzecz jasna, jak dotychczas, bo szczerze wierzę, nadzieję mam i ją pokładam, że jeszcze tu i ówdzie radę dam. Malta – podróżniczy strzał w dziesiątkę. Amen. W październiku poniosło nas do Berlina, ale o tym też pisałem, więc zmierzam do, cytując klasyka: „”truskawki na torcie””. Niemal spontaniczny kilkudniowy wypad do Włoch, więcej niż udany. Pogoda cudna, zabytki, muzea, stadiooooooony 🙂 , w tym ten wymarzony w Mediolanie oraz tu i ówdzie palmy 🙂 . Powrócę jeszcze do genezy wyjazdu, ponieważ czas miał być skrojony w sam raz na miarę, tak by zdążyć przed wigilią fundacyjną, szczególną dodatkowo, bo w loży prezydenckiej na stadionie Wisły. Jak już skonsultowaliśmy z kim się tylko dało, jaki termin będzie najwłaściwszy, upolowaliśmy bilety za czterdzieści zł ogarnęliśmy nocleg i wtedy trach – okazało się iż prognozowany termin wigilii z piłkarzami uległ zmianie, gdyż te „odpowiedniejsze” terminy ktoś wynajął i niekoniecznie mogliśmy wybrzydzać 🙁 .

Polecieliśmy do Bergamo – cudownie położonego miasteczka w Lombardii, a właściwie można by się pokusić o liczbę mnogą. W starożytności bowiem miasto w dużej mierze osadziło się na wysokich wzgórzach, rzecz jasna w celach obronnych, a może po prostu chodziło o piękniejsze widoki 🙂 🙂 🙂 . Skoro ta starsza część miasta jest na wzgórzach, to pod nimi znajduje się o wiele nowocześniejsza część z całkiem dobrą komunikacją. Urocze, a zarazem zaskakujące, są kolejki podobne do kolei szynowej na naszą Gubałówkę. Kursują dosyć często w kilku miejscach Bergamo i nie trzeba dokupować osobnego biletu. Korzysta się z nich na wykupiony bilet komunikacji miejskiej. Tak, jak już pisałem Bergamo położone jest niesamowicie na wielu wzgórzach, z mega-widokiem na Alpy. Dodatkową atrakcją były bożonarodzeniowe jarmarki. Bez kiczu, bez hałasu, wprost należyta atmosfera świąteczna, choć brakować mogło śniegu, ale o nie, nie – nie mnie. Włoskimi kolejami wybraliśmy się na cały dzień do Mediolanu i jak to mówią „głupi to ma zawsze szczęście”, albo „szczęście sprzyja lepszym”, albo po prostu to zasługa Opatrzności. Bez wcześniejszej rezerwacji udało nam się dostać na „Ostatnią Wieczerzę”, choć niczym nie częstowano 🙂 , ale to dzieło Leonarda da Vinci to naprawdę duża uczta, a że rozmiary jego są spore, to i ja mogłem je docenić 🙂 , tak jak i na dziedzińcu kościelnym rosnące palmy 🙂

Pod ogromnym wrażeniem, ledwie rzut oka na zamek Sforzów oraz przejeżdżające ferrari 🙂 nadeszła wiekopomna chwila i skierowaliśmy się ku Stadio Giuseppe Meazza, czyli San Siro 😀 . Miejsce moich szczeniackich marzeń, bowiem to właśnie tu całą swoją karierę piłkarską spędził mój piłkarski idol – kapitan AC Milan i reprezentacji Włoch Paolo Maldini. Dodatkowym też smaczkiem była wizyta w muzeum, ponieważ było w nim dużo o Maldinim. Mini spacer po murawie, a następnie metrem pod największą katedrę – Duomo.

Tutaj chwilkę się zatrzymam, powracając do wspomnianego jarmarku bożonarodzeniowego w Bergamo, mega klimatycznego itd., gdyż to z czym zderzyliśmy się w Mediolanie to hałaśliwa muzyka pop, katedra rozświetlona reklamami i ogrom kiczu. Powiedzieć, że to nam zgrzytało, to tak, jakby nic nie powiedzieć… Zwiedziliśmy katedrę oraz pobliską la Scalę i słynną galerię Victora Emanuela II i brodząc wśród tłumów zakupowiczów wpadło w oko kolejne ferrari 🙂 .
Jeszcze ostatni rzut oka na imponującą swymi gabarytami i architekturą katedrę, złowione „badziewka” i odwrót: metrem na dworzec kolejowy i pociągiem powrót do Bergamo.

Kolejny dzień z wczesną pobudką. Kiedy zeszliśmy na hotelowe śniadanie, za oknami jeszcze było ciemno, ale plan na ten dzień był ambitny – znów podróż koleją, tym razem nad jezioro Como. Wiele o nim słyszałem, w kilku filmach napotkałem, ale móc tam być i ujrzeć na własne oczy – to brakuje skali zachwytu. Malownicza miejscowość Varenna oraz Bellagio do którego popłynęliśmy promem, o tej porze roku opustoszałe, ciche i cudne. Samo jezioro poezja! Otaczające je ośnieżone Alpy, błękit nieba i na brzegach palmy, to dla mnie już miód, cud i orzeszki 🙂 . Po prostu magia. Jeśli istnieje raj na ziemi, to jakiś jego skrawek musi znajdować się na Malcie i nad jeziorem Como 🙂 🙂 🙂 I jak tu nie wierzyć w świętego Mikołaja, skoro byliśmy tam dokładnie 6-go grudnia?

Więcej niż zwykle ociągaliśmy się z powrotem, a tymczasem temperatura spadała i spadała. Potem jeszcze okazało się, że pociąg ma duże, aż w końcu gigantyczne opóźnienie, więc później niż zamierzaliśmy dotarliśmy do Bergamo. Tu jeszcze mała dygresja: pomiędzy peronami asystowali nam słynni włoscy Carabinieri 🙂 Jadąc w autobusie miejskim info z Polski, że w meczu Górnik – Wisła Paweł Brożek na dzień dobry strzelił gola, więc kilka osób co najmniej dziwnie się na mnie patrzyło, kiedy w geście triumfu uniosłem ręce w górę i pod nosem zacząłem podśpiewywać.

Ostatni dzień w Bergamo już na luzie i dużym spokoju. Jeszcze raz spacer po centrum, odwiedziny kilku kościołów i niebawem czas zanucić „Ciao, ciao Italia”. Pogoda bajeczna, toteż nie odprawialiśmy się od razu, tylko korzystaliśmy ze słońca.

Wyjazd ze wszech miar udany, super atmosfera i towarzystwo 🙂 Dziękuję!

Połknięte lektury: Arturo Perez Reverte „Fechmistrz”, Marcin Rychcik „Roman Wilhelmi. Biografia”, Bernard Minier „Bielszy odcień śmierci”.

30 listopada 2020 Słodko-gorzki listopad, ciąg dalszy

Miesiąc już dobiega końca i zdecydowanie był jak rolercoaster… Co zazwyczaj niepodobne do listopada, to akurat na pogodę narzekać nie było można. Zdecydowana przewaga dni słonecznych i to też tych za sprawą Wienny 🙂 🙂 🙂 Pies cudownie nam się otwiera i stanowczo tak jak my pokochała podróże. Każda nasza wycieczka pozwala poznawać i odkrywać jej nieznane oblicza. W ubiegły weekend wypad do Rezerwatu Białowodzka Góra oraz nad jezioro Rożnowskie i na dokładkę w podzabierzowskie dolinki, okazał się absolutnym strzałem w dziesiątkę. Tak szczęśliwego naszego psa, biegającego po łąkach i lesie jeszcze nie było nam dane oglądać, a flirt z czworonożnym kolegą w drodze powrotnej i dla nas i dla niej był super miłym zaskoczeniem. Z innych rzeczy, do kategorii słodkości zaliczyć muszę ofertę od Wisły Kraków, że to oni zasponsorują tomik „Wisełka nie zginie”. Z pozytywów niestety to tyle, bo ostatnie wyniki: brrrrr i gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą i z jednym z tych wiórów poleciał i trener Skowronek 🙁 Klimat pandemiczny też mocno niesprzyjający, ponieważ wśród bliższych i dalszych znajomych, chyba jak każdy i ja znam osoby borykające się z tym paskudztwem. Jutro już mamy grudzień, więc wraz z nim nadzieja, że będzie dane cieszyć się z czegoś więcej niż z pogody i rzecz jasna ze zdrowia (szanse na to są i to chyba spore 🙂 ).

Połknięte lektury: Mari Jungstedt „Niewypowiedziany”, Tomasz Jastrun „Rzeka podziemna”, Dean Koontz „Mąż”, Henning Mankell „Psy z Rygi”.

09 listopada 2020 Słodko-gorzki listopad

Listopad, jesień, nostalgia, czekanie na słońce, jak na zbawienie. Kiedy ono się pojawia, to nawet w tym pandemicznym czasie jest lepiej niż lepiej :), zaś kiedy go nie ma jest Wienna i i tak jest lepiej 🙂 🙂 🙂 Wiedzieliśmy, że ona będzie dla nas wyzwaniem i rzeczywiście jest. Dla mnie dodatkową nauką wyczuwania odległości tak, by ani na smycz, ani na łapę, czy na linkę nie najechać. Dodatkowym wyzwaniem są spacery, o zgrozo, po ciemku, kiedy to wprost muszę być czujny, by powrócić z nich cało 🙂

P.S. Moja ostrość widzenia i wyczucie odległości po zmroku jest jeszcze bardziej kulawe, ale przecież lubię wyzwania 😀

https://www.facebook.com/permalink.php?story_fbid=3529715163741127&id=100001080338679

Niema skarga

W oazę światła

wkradł się fizyczny ból,

a cierpliwy kąt

straszy ciernistą pustką.

Zroszony mglistą mgłą poranek

wykrzywia  zapamiętane oblicze

w plątaninie usychających pędów myśli.

Westchnienie wiatru

niesie głos przemijania cienia

i głębokie blizny, po lodowatej amputacji

snów bliskości.

Opatrzony głosem kwiat,

łyk terapii, obnażony emocjonalnym bólem,

niema skarga kierunku słonecznego horyzontu.

02.11.2014

P.P.S. Nadeszła wiekopomna chwila – otrzymałem posłowie od Beaty i tym samym tomik XII jeszcze bardziej staje się ciałem 🙂

Połknięte lektury: Stephen King „To” cz. 3, Irvin Shaw „Szus (dosięgnąć szczytu)”, „Lucy Crown”.

27 października 2020 Każdy kij ma dwa końce

Dokładnie miesiąc temu siedzieliśmy sobie z MŻ i natchnieni jubileuszem, choć w tym wymiarze należałoby go raczej potraktować jako dodatek, podjęliśmy istotną decyzję. Nieco wcześniej oznajmiłem, że jest pełna zgoda, aprobata, etc., aby nasza rodzina powiększyła się o czworonoga i od tego momentu zaczęło się poszukiwanie odpowiedniego kandydata, a właściwie kandydatki 🙂 🙂 🙂 Oboje wiedzieliśmy, że chcemy podzielić się sercem z Piesełem po przejściach, wiec takiego też MŻ wypatrzyła. Myliłby się ten, kto by pomyślał, że adopcja zwierzaka polega na tym, że się wybiera, klika, jedzie, odbiera i to wszystko. Pamiętnego 27-go wypełniliśmy wymaganą szczegółową ankietę, otrzymując informację zwrotną, że już ktoś naszym zwierzakiem się zainteresował i jest zaplanowana wizyta zapoznawcza, ale… parafrazując tytuł tego wpisu i jednocześnie cytując darzonego przeze mnie sympatią Artura Andrusa: „każdy kij ma dwa początki”. Szczęśliwie tak było i tym razem, ta pierwsza wizyta zapoznawcza z jakiegoś powodu nie zaowocowała sukcesem, a do nas oddzwoniono z informacją, że nasza ankieta wypadła więcej niż ok – pisaliśmy szczerą prawdę i tylko prawdę. Za kilka dni pojawił się u nas wysłannik z Fundacji, by na własne oczy sprawdzić to, co opisaliśmy i zadać kilka dodatkowych pytań. Od tego momentu zaczęliśmy już odliczanie do dnia, kiedy Wienna, bo takie nosi imię, miała do nas trafić i trafiła 🙂 🙂 🙂 Dziś z perspektywy zaledwie nieco ponad tygodnia spędzonego wspólnie stwierdzam, iż jest kochana i choć po wielu przejściach i z licznymi traumami, nie zamieniłbym jej na żadną inną, gdyż bezapelacyjnie skradła moje serce. Ponoć właściciele psów dzielą się na tych, którzy śpią z własnymi psami i na tych, którzy się tylko do tego nie przyznają, nasza też chciała, czyniła starania, lecz jak dotąd w tym pojedynku to my jesteśmy górą 🙂

Początkowo ten wpis miał być tylko o Wiennie, lecz by do końca pozostać w zgodzie z sobą, muszę zmienić temat gdyż poczułem się wywołany do tablicy. Nie zwykłem chować głowy w piasek i unikać trudnych tematów, ale jak u jednej osoby w rodzinie na Facebooku pojawia się wpis odnośnie tego, czym od kilku dni żyją polskie ulice, że ona ma w rodzinie dwie osoby niepełnosprawne i zdecydowanie są one szczęśliwe, to aż we mnie gotuje! Zakładam, bo wiem, że jedną z osób, którą miała na myśli jestem ja, więc do rzeczy. To że jestem uśmiechnięty i z optymizmem patrzę na świat, okupione jest całym ogromem wyrzeczeń i zdrowiem moich bliskich, rodziny i znajomych. To, co dzisiaj słuchałem z ust minister polityki społecznej, że osobom z niepełnosprawnościami państwo pomaga na wszelkie możliwe sposoby jest bujdą, żeby nie pójść o krok za daleko, nazywając te słowa łgarstwem. Słuchając, że wszystko mamy bez kolejki, mamy na skinienie pomoc asystenta lub psychologa itp., itd., aż we mnie gotowało! Czy więc jestem za aborcją? Nie, nie jestem, nie byłem i nie będę, ale perspektywa mam nadzieję szczęśliwej matki trójki zdrowych dzieci jest zgoła odmienna od perspektywy niepełnosprawnej osoby pełnoletniej i tu powinienem postawić kropkę, lecz wkurza mnie też to, że chyba drugą osobą, jaką miała na myśli jest wujek „stacjonujący” na co dzień od wielu lat w DPS-ie. Jak tam jest wiem, bo wujka odwiedzaliśmy w przeciwieństwie do entuzjastycznej autorki z Facebooka :/

Połknięte lektury: Ken Follet „Na skrzydłach orłów”, Stephen King „To” cz.2, Manuela Gretkowska „Trans”, Zygmunt Miłoszewski „Bezcenny”

19 października 2020 W szponach kwarantanny

A miało być tak pięknie, miał być wyjazd do Wrocławia na warsztaty FKN, ale sytuacja się skomplikowała. Oberwaliśmy „rykoszetem” i pojechać się nie udało, co zaprzecza niestety znanej maksymie, że „wystarczy tylko chcieć” 🙁 My chcieliśmy, ale… 🙁 Żeby nie głosić tutaj czarnowidztwa, spędziliśmy mimo wszystko fajnie czas i więcej niż super weekend 🙂 Otóż w szeregi naszej rodzinki wstąpiła mała, cudna istota 🙂 https://www.facebook.com/FundacjaZwierzecaPolana/photos/pcb.3416657661744926/3416654705078555

Jest to zdecydowanie dla nas wielka radość i jeszcze większe wyzwanie, ale jak nie my, to kto 🙂 🙂 🙂 Śmiało mogę dorabiać ideologię, że z nastaniem nowego członka w rodzinie Biała Gwiazda olśniła. I jak jedno ma się do drugiego – nie wiem, ale przecież wcześniej aż tak dobrze, to im nie szło 🙂

Połknięte lektury: Richard Yates „Droga do szczęścia”, Anna Kamińska „Wanda. Opowieść o sile życia i śmierci. Historia Wandy Rutkiewicz”, Zygmunt Miłoszewski „Uwikłanie”, Stephen King „To”.

07 października 2020 Napięcie pełne pozytywów 😉

Niby wszystko lub niemal wszystko toczy się po staremu, choć podskórnie myślę, że nie tylko ja wyczuwam swoistego rodzaju napięcie. Jasne, że być może ma na to wpływ jesień i tak bliska jej nostalgia, lecz chyba nie tym razem. Skoro w Ekstraklasie odwołują mecz Wisły z Lechią, za sprawą coraz mocniej panoszącej się pandemii, to chyba jest coś na rzeczy. Z innej strony: co do „rzeczy”, to w Fundacji na specjalną prośbę pocztą pantoflową uruchomiliśmy ich zbiórkę, dla naszych przyjaciół z DPS-u. Żeby choć trochę pozytywniej, to literacko – praca „wrze” i jeśli nic nieprzewidzianego nie wejdzie w drogę, to mogą się ukazać kolejne dwie nowe publikacje w moim dorobku. Z innych pozytywów: nasze trio, czyli MŻ, ja i „elektryk” już niebawem powiększy się i podróżować będziemy w kwartecie 🙂 🙂 🙂 Szczęściem kondycyjnie teraz dużo, dużo rehabilitacji, więc na powiększenie składu pora może okazać się najlepsza 🙂 I już tak na koniec, w zeszłą piękną niedzielę znów byliśmy w Wieliczce z MŻ, było pięknie, jest energia i tego się trzymajmy.

https://www.facebook.com/permalink.php?story_fbid=3448991981813446&id=100001080338679

Połknięte lektury: Sarah Pinborough „Co kryją jej oczy”, Olga Tokarczuk „Prowadź swój pług przez kości umarłych”, Frederick Forsyth „Kobra”

27 września 2020 „8”

Zastanawiałem się, o czym powinien być ten wpis, bo byliśmy w „pokusie”: bo akcja „Wyprawka szkolna” z FORBG okazuje się być sukcesem, bo rozpocząłem kolejny maraton rehabilitacyjny :), bo w końcu znów byłem na Wiśle, ale… są rzeczy ważne, ważniejsze i takie które zmieniają całe życie. I tak właśnie się stało osiem lat temu, kiedy to poznałem najcudowniejszego wśród Elfów, najpiękniejszego wśród Koliberków i jedyną taką Kobietę w oczach której przepadłem na wieki i dobrze mi z tym 🙂 Osiem lat to ciągle zbyt mało, więc chcę to szczęście mnożyć, mnożyć i kochać, co niniejszym czynię. Dziękuję!

Połknięte lektury: Tomasz Jastrun „Splot słoneczny”, Remigiusz Mróz „Rewizja”, „Listy zza grobu”.

24 sierpnia Urlop przez duże „U

Pełne dwa tygodnie zasługują na duże „U”, a dodatkowo jego wielkość potęguje uskrzydlenie i ubogacenie naszej mobilności, uff 🙂 Skoro już tyle tych „u”, to pokrótce – co się udało ujrzeć:

  1. Popradske pleso, https://gorydlaciebie.pl/wyprawy/nad-popradzki-staw/
  2. Strbskie pleso, https://gorydlaciebie.pl/wyprawy/nad-popradzki-staw/
  3. góra Paproć w okolicach Limanowej, https://www.facebook.com/permalink.php?story_fbid=3326121347433844&id=100001080338679 https://pl.wikipedia.org/wiki/Papro%C4%87_(Beskid_Wyspowy)
  4. Polana nad Muraniem, https://www.facebook.com/permalink.php?story_fbid=3336655239713788&id=100001080338679
  5. góra Gorc, https://www.facebook.com/permalink.php?story_fbid=3349205908458721&id=100001080338679
  6. Łysa Góra koło Limanowej, https://www.facebook.com/profile.php?id=100001080338679
  7. Krzywoń koło Rabki-Zdrój https://www.facebook.com/profile.php?id=100001080338679

I wiele nie mniej ambitnych wzniesień w okolicy i trochę dalej.

Połknięte lektury: Tomasz Jastrun „Gorący lód”, Remigiusz Mróz „Nieodgadniona”.

17 sierpnia 2020 Bo do „tanga” trzeba dwojga

W końcu skończyłem sześciotygodniową rehabilitację, choć trwała ona niemal osiem tygodni, ale to tylko jest dowodem na potwierdzenie tezy, iż czas, to pojęcie względne. Teoretycznie już mógłbym oddać się błogiemu „mniej więcej lenistwu”, ale nic z tych rzeczy, ponieważ MŻ urlop zaczyna dopiero za tydzień 🙂 Umowa była taka, że my popilnujemy domu, a rodzice pojadą w góry lecz okazało się iż dom sam się pilnował, gdyż był pełen ludzi 🙂 🙂 🙂 Nie ma tego złego, chociaż rodzice w górach odpoczęli, mając święty spokój 🙂 Po godzinach pracy MŻ to i owo udało się poogarniać lub pospacerować po okolicy. Na sam koniec pilnowania domu, który to sam się pilnował wspólnie z MŻ, Dominiką i Karolem wyskoczyliśmy do Olsztyna, nie, nie do tego na Warmii, lecz do tego nieopodal Częstochowy 🙂 Celem był tamtejszy zamek, o którym to ostatnio zrobiło się głośno, ponieważ pod nim odkryto szereg mega jaskiń, a od dawien dawna chodziły słuchy, jakoby zamek ten podziemnymi korytarzami był połączony z Jasną Górą 🙂

https://www.facebook.com/permalink.php?story_fbid=3310942178951761&id=100001080338679

Połknięte lektury: Stephen King „Mroczna połowa”, Zygmunt Miłoszewski „Jak zwykle”, Manuela Gretkowska „Agent”.

15 sierpnia 2020 Tak blisko i tak pięknie

Istnieje, choć tylko wirtualnie, lista miejsc, które jakiś czas temu z MŻ postanowiliśmy wspólnie zobaczyć albo zwiedzić. Owa lista co rusz pęcznieje, wraz z poprawą naszej mobilności 🙂 Skoro zdarzyła się cudownie piękna sobota, a żaden dalszy wyjazd nie wchodził w grę, to padło na Tyniec i na tamtejsze opactwo, gdzie udaliśmy się jeszcze pełni pozytywnych emocji po piątkowym spotkaniu z Damianem, czyli naszym chrześnikiem.

Aż wstyd się przyznać, że po raz ostatni w tynieckim opactwie byłem, o zgrozo, jeszcze w szkole podstawowej, czyli co by nie mówić, hmmmm… parę lat temu 🙂 🙂 🙂 Od razu na wejściu informacja, że znajdujemy się na terenie najstarszego opactwa w Polsce już robi niemałe wrażenie. Obłędny widok na Wisłę z góry, więc nie mogło się obejść bez zdjęć, a potem upalny spacer wzdłuż Wisły. Dla mnie była to też super lekcja wspomnień i wyzwanie: jak „powozić” elektrykiem pośród pieszych i rowerzystów, a dla MŻ okazja do zebrania polnych kwiatów na akcji „Piękny bukiet”. Gdy tak spacerowaliśmy ja wspominałem, że w te miejsca jeździliśmy z tatą, aby oddawać się pasji wędkowania – słynne Podgórki Tynieckie. Kiedy bukiet był już gotowy ustaliliśmy, że tym razem poświęcony zostanie w mojej dawnej parafii oo. Redemptorystów na Krzemionkach. Po powrocie do domu szybkie odświeżenie, obiadek, choć na głód, przynajmniej ja nie narzekałem, ponieważ na wycieczkę do Tyńca MŻ zabrała osobiście upieczone, mniam, mniam – jagodzianki. Słowo daję, że nie jest to wazelina – smaczniejszych w życiu nie jadłem 🙂 🙂 🙂 a ta opinia jest zbieżna z opinią Damiana. Tak więc nadarzyła się okazja, aby znów odwiedzić „stare śmieci”. Było więcej niż ok i nie tylko mnie się podobało 🙂

Połknięta lektura: Jo Nesbo „Czerwone gardło”

08 sierpnia 2020 Ślub Zuzi i Amadeusza

Tych dwoje tak się mijało, mijało, aż przed ołtarzem wylądowało 🙂 Uwielbiam ich oboje, choćby za to, że drugiej tak zakręconej pary nie spotyka się co dzień. Ponoć to, co miało miejsce 08.08 to co najmniej jednym z korzeni sięga aż do Wieliczki i że niby ja i MŻ mieliśmy jakoby na to wpływ. Czy tak było, dziś już nie jest najistotniejsze, faktem zaś jest, że moja siostra – tak, tak moja, bo od zawsze Zuza mówiła, że jestem jej starszym bratem – ma męża, a ja tym samym szwagra 🙂 Uroczystość w tych pandemicznych czasach była skromna, z pełnym zachowaniem ostrożności, lecz z własnego doświadczenia wiem, że w tym dniu nie to jest najważniejsze. Na miejsce swoich zaślubin wybrali piękne sanktuarium w Leśniowie, więc nie ma innej opcji, ciąg dalszy też musi być piękny i tego im życzę. Choć data była wyznaczona już dawno, jak to bywa u Zuzanki w zwyczaju, niejedno było ogarniane na ostatnią chwilę, ale skoro świadkową była MŻ, to udać po prostu się musiało 🙂 🙂 🙂

Impreza weselna zorganizowana była hmmm, chyba skądś to znam – w agroturystyce, a w niej miejsca ogromnie dużo i zabawa do białego rana oraz nocne Polaków rozmowy 🙂 o Wiśle 🙂 Towarzystwo zgrane, do tańca i do różańca, potem na totalnym luzie też przy ognisku, więc nic dodać, nic ująć 🙂 🙂 🙂

https://www.facebook.com/zuzanna.ludwik/posts/3339199422805978

P.S. Można odetchnąć z ulgą i niech świat dalej się kręci

Połknięte lektury: Bernard Minier „Noc”, Janusz Głowacki „W nocy gorzej widać”.

13 sierpnia 2020 Bawełniany jubileusz

Uważam że było i jest co świętować, więc jak przystało na prawdziwe obchody potrwały one kilka dni 🙂 🙂 🙂 Najpierw o zachodzi słońca podziwialiśmy Kraków z Cracoweye

Okazja szczególna i miejsce szczególne, bowiem okolice hotelu Forum, czytaj: Ludwinów, to bliskie memu sercu „stare śmieci” i to w tej okolicy się wychowywałem 🙂 Co prawda Krakóweye miał uchodzić za atrakcję niemal bez barier architektonicznych, lecz to po prostu byłoby zbyt piękne, więc tu schodek, tam schodek, a tu jeszcze dwa, ale co tam… Po tym wyzwaniu powróciliśmy do domu, a w nim sporządzona dłońmi MŻ szybka kolacja z dobrym winem i moja utajniona niespodzianka. Nieskromnie powiem, że uskrzydlona, więc i ja byłem uskrzydlony, aaaale żeby nie było… MŻ poprosiła o chwilkę i wyskoczyła do auta, wracając z zajefajnym T-shirtem Wiesłki. Konkludując: wilk syty i Menchester City.

A w dzień, w którym to dokładnie dwa lata wcześniej, wypowiedziane zostało: „ja, Paweł” itd. pojechaliśmy do świątyni w której te słowa padły, był dreszczyk emocji, a na koniec gratulacje od naszego księdza.

Połknięte lektury: Tomasz Lis „Historia prywatna”, Maja Lunde „Błękit”, Janusz L. Wiśniewski „Koniec samotności”

P.S. Nawet Krakóweye nie był w stanie tak do końca zakręcić nam w głowach, ponieważ od dłuższego czasu niemal wszystko kręciło się wokół ślubu Zuzi i Amadeusza 🙂 🙂 ale o tym przy następnej okazji.

24 lipca 2020 #wislackiewakacje

To absolutnie nieprawda, że Moja Żona nie podziela mojej pasji futbolowej, wprost przeciwnie, tak jak ja pała uczuciem do Wisełki 🙂 , a dowodem na to niech będzie fakt, iż to właśnie ona podsunęła mi konkurs organizowany przez Socios na Twitterze 😉 Kolejnymi dowodami na poparcie mej tezy niech będzie to że właśnie MŻ jest autorką tego świetnego zdjęcia oraz kupiła do niego rekwizyty 🙂

Połknięta lektura: Jason Matthews „Pałac zdrady”

23 lipca 2020 Powrót – na SABAS i Pod Katarynkę

Nie ma co się oszukiwać: pandemia ostro namieszała, życie kulturalne wypychając do Internetu. Jasne, że lepszy rydz niż nic, itp., itd., ale… Nadarzyła się okazja, aby połączyć przyjemne z pożytecznym i to jeszcze w gronie osób, których tak jak i mnie „uwiodła” Katarynka. Spotkanie zorganizowała Beata Anna Symołon w OKK Wola Duchacka. Po wiadomości, która gruchnęła w marcu, że to już koniec Katarynki, nie do końca i nie o wszystkich kulisach mieliśmy pojęcie. Tymczasem tutaj Wiola z Markiem streścili, co nastąpiło. Początkowo właściciel, zamiast jak by się wydawało, oczywistego obniżenia czynszu, jeszcze wręcz go wywindował, następnie zaczął straszyć sądami i niby to należnym mu odszkodowaniem lecz szczęśliwie tu z pomocą prawną pospieszyli przyjaciele Katarynki, udowadniając że jego roszczenia były bezpodstawne i chytry, a raczej pazerny dwa razy traci. Pomysł na to spotkanie zrodził się już w momencie, kiedy to Wiola, Marek i Katarynka zobaczyli, że dla wielu, wielu ludzi są po prostu ważni. Samo spotkanie miało charakter wspominkowy, znów pojawiły się wiersze słyszane przy Brzozowej, zabrzmiała Markowa gitara i można było się odszukać i przejrzeć w licznych zdjęciach Marii Leżańskiej:

https://www.facebook.com/maria.lezanska/posts/10214285289525621

Wierszy było dużo, bo miały tu miejsce debiuty 🙂 Hmm, jaki jest wiersz każdy widzi, to znaczy słyszy, więc nie mnie je oceniać 🙂 Moje pojawiły się dwa, w tym jeden już niemal na samym końcu, nieco w kontrze do innych, mało optymistycznych.

Niech to będzie antraktem

Katarynkę, jej klimat
stworzyli właściciele
adres to nie był prymat
lecz ich serca tam wiele.

Pamięć trwa nieśmiertelna
salwy śmiechu, wzruszenia
atmosfera subtelna
złączyła pokolenia.

Refren:
Niech to będzie antraktem,
krótką w spektaklu przerwą,
że wrócicie jest faktem
z Wami my z nową werwą.

Wiatr natchniony melodią,
co się skryła w załomie,
plątał włosy przechodniom,
albo ściskał im dłonie.

Pod balkonem westchnienia,
miały miejsce na trwałe,
pamiętając spojrzenia,
niekoniecznie nieśmiałe.

Refren:
Niech to będzie antraktem,
krótką w spektaklu przerwą,
że wrócicie jest faktem
z Wami my z nową werwą.

To nierówna gra z cieniem
z którym wygrać nie sposób
Wy byliście schronieniem
dla artystów, ich głosów.

Jutro znajdzie zawiasy,
nuty znajdą piosenkę,
nowe chwyty i czasy
wyciągnijcie doń rękę.

Refren:
Niech to będzie antraktem,
krótką w spektaklu przerwą,
że wrócicie jest faktem
z Wami my z nową werwą.

Połknięte lektury: Beata Biały „Osiecka.Tego o mnie nie wiecie”; Stephen King „Martwa strefa”, Zygmunt Miłoszewski „Kwestia ceny”.

18 lipca 2020 Dobry weekend nie jest zły

Tak się złożyło, że zanim zaczął się weekend, pojawił się u nas gość, a raczej „gościówa”, od razu spieszę dopowiedzieć i to, słowo daję, bez wazeliny – zawsze mile widziana 🙂 W piątkowe przedpołudnie pojawił się jej drugi połówek i odjechali w siną dal, a właściwie w Gorce 🙂 i jak zwykle spotkać się było miło 😀 Wkrótce po odjeździe ja ewakuowałem się na rehabilitację, a kilka godzin później weekend na serio można było zacząć. Szkoda tylko, że do dobrej pogody ducha nie dostosowała się pogoda za oknem, ale widać ten rok już tak ma, że jest bardziej kapryśny niż pozostałe. Sobota stała pod znakiem ostatniego meczu w tym sezonie, a wyjątkowość jego miała polegać też i na tym że, tutaj uwaga: chyba tym razem na serio, do końca i nieodwołalnie w roli piłkarza, kibice Wisły Kraków mieli pożegnać Pawła Brożka. Już jedno takie pożegnanie się odbyło, wówczas „towarzyszył” mu Arek Głowacki, a tym razem, by to też nie była ot taka „samowolka” 🙂 , karierę kończył również Marcin Wasilewski. Z pomocą MŻ w tempie iście ekspresowym popełniłem dwa wiersze o tych, co by nie mówić, wyjątkowych postaciach polskiej piłki. Potem, jak w starej reklamie Media Markt „jak to Wladimir MIG-iem” na szybkie zakupy i wreszcie mecz  Mecz się odbył, nie zabrakło owacji, również tych na stojąco i tu postawię kropkę 😀 . Miło było i tak, bo każde spotkanie z przyjaciółmi z FORBG do kategorii miłych zdecydowanie zaliczam. Potem powrót do MŻ, mały toast i cytując Pawła Brożka z wywiadu pomeczowego: „należy uzbroić się w cierpliwość”, ponieważ chyba nie każdy i nie od razu, ujrzy wymarzoną i potężną Wisłę już w nadchodzącym sezonie.

NIEDZIELAAAAAAAAAAA Dlaczego aż tak? Gdyż w końcu zebraliśmy się w sobie, żeby nie powiedzieć do kupy i zamiast wieczornej mszy przy ulicy Zamiejskiej (to tutejsza parafia), w końcu i to przy pięknej pogodzie pojechaliśmy do naszego świętego Sebastiana do Wieliczki  Jak uda się odgruzować archiwum, to nie raz i nie dwa opowiadałem o wyjątkowości tego miejsca, atmosfery, klimatu, ba! nawet zapachu oraz oczywiście księdza Mateusza 😀 Radość ze spotkania obustronna i niemal było tak, jak przed dobą pandemii 😀 Potem na szybką kawę do mamy, a na wieczór nasze sprawy 🙂

Połknięte lektury: Marcin Meller „Nietoperz i suszone cytryny”, Olga Tokarczuk „Bieguni”, Steven King „Carrie”

14 lipca 2020 Wyborrrrrrrrrrrrry

Kto mnie zna wie, że nie stronię od wypowiedzi na niekoniecznie wygodne tematy, typu polityka. Mam swoje poglądy i co dowiodły ostatnie wybory około 50% społeczeństwa się z nimi zgadza. Podczas poprzedniej kampanii prezydenckiej mój instynkt podpowiadał mi, że wygrać to jedno, a dotrzymać wszystkich obietnic, to drugie i to wówczas popełniłem taką fraszkę:

Będzie się działo !

Był Ksiądz Robak
Był Soplica,
A dziś ” Jędrek obietnica „
A że chlapnął on niemało
Będzie zabawa,
będzie się działo.
15.06.2015 r.

Hmm, no i się działo, lecz z zabawą niewiele to miało wspólnego i pewnie mógłbym tu postawić kropkę lecz zamiast tego posłużę się cytatem: „Demokracja skończy się wtedy, kiedy rząd zauważy, że może przekupić ludzi za ich własne pieniądze” pisał o amerykańskim „eksperymencie” z demokratyczną formą rządów Alexis de Tocqueville, francuski myśliciel polityczny, socjolog, polityk. Czy myśliciel miał rację, niech każdy sam oceni, a cytat ten uderzył mnie w jednej z powieści mojego ulubionego autora Bernarda Minier. Tylko z kronikarskiego obowiązku dopowiem, że byłem i głosowałem, choć nie było tak łatwo, jak w pierwszej turze. Sprawy skomplikowała ponoć jedna pani, która to zapomniała przekazać klucza do bocznego wejścia z podjazdem. Kiedy jednak skumulowały się trzy osoby na wózkach i padł pomysł, że skoro wspomniana pani nie odbiera telefonu, to po prostu trzeba uciąć kłódkę, bo cytując MŻ „ja po schodach wyjdę, ale odpuszczając tę sprawę uczymy „dziadostwa” „. I tak to po naszej interwencji upragniony klucz cudownie się znalazł. Ech.

Połknięte lektury: Bernard Minier „Krąg”, Jakub Małecki „Dygot”, „Ślady”

11 lipca 2020 Nadeszła wiekopomna chwila

Po miłych rehabilitacyjnych męczarniach 🙂 nastał wreszcie weekend i to jeszcze jaki! Dość powiedzieć, że z MŻ mamy taką coroczną kumulację, świętując imieniny z urodzinami i urodziny z imieninami, jak kto woli. Plany były ambitne, zawierały między innymi wyjazd w Gorce i podziwianie Krakowa z dużej wysokości, miłą kolacja we dwoje, itp., itd. Z części zrezygnowaliśmy, bo kapryśna tegoroczna pogoda rozdaje karty po swojemu, a z innych – bo tak 🙂 . Weekend jako się rzekło, zapowiadał się ekscytująco ponieważ po baaardzo długiej przerwie nadeszła ta, jakże wiekopomna chwila mojego powrotu na wiślackie trybuny.

Dookoła stadionu spore „zasieki”, co rusz punkty i obowiązkowa dezynfekcja rąk, o maseczkach rzecz jasna nie zapominając. Kibiców dużo nie było, bo i być nie mogło, ale wśród nich pojawił się gość zdecydowanie wyjątkowy, któremu na jakiś czas miłość do Wisełki chyba cokolwiek osłabła. Chodzi o Bogusława Cupiała, właściciela Telefoniki oraz za najlepszych czasów naszej Wisły Kraków. Mecz, no cóż, bez historii, gdyż podział punktu ze spadkowiczem chluby nie przynosi, ale arbiter tego spotkania też nie udźwignął i to byłoby na tyle. Powrócić jednak na R22 zawsze dla mnie jest czymś wyjątkowym, więc tak było i teraz.

Połknięte lektury: Sherry Jones „Klejnot Medyny”, Henning Mankel „Grząskie piaski”, Katarzyna Bonda „Cicha pięć”, Irwin Shaw „Zakłócenia w eterze”, Kuba Wojewódzki „Nieautoryzowana autobiografia”.

06 lipca 2020 Nowy początek

Nowy początek, bo powracam do świata żywych z blogiem, z wielką chęcią opowiedzenia, co też się
zdarzyło, jak w tym miejscu mnie nie było 🙂 . Witam, jak zawsze z pozycji Autora, ale też jako
Osobowość bez barier w konkursie „Kraków bez barier”, no i wreszcie witam serdecznie z pozycji
Herkulesa 🙂 🙂 🙂 . Jak uda mi się „odkopać” archiwum z blogiem, to przytoczę moje słowa i
ówczesny wpis o tym, że ja, w przeciwieństwie do Innych, nie byłem przekonany, co do mojej
kandydatury, ale wówczas usłyszałem znamienne słowa, iż na szczęście to nie do mnie będzie należeć
ocena  . Dziś wiem ciut więcej o wynikach głosowania i nie jestem pewien: czy o zgrozo, czy na całe
szczęście – werdykt Kapituły był jednogłośny i spośród trzydziestu jeden kandydatur ostała im się
jedna… 😀 . Hmm, wniosek z tego chyba należy wyciągnąć następujący, iż to tylko ja się pomyliłem,
niedoszacowując swoich możliwości, za co tych, którzy w nie wierzyli i wierzą niniejszym
przepraszam. Mea culpa! W tym miejscu pozwolę sobie na przytoczenie słów utworu Patrycji
Markowskiej, że „świat się pomylił” – mam nadzieję, że nie 😀
Po ubiegłym, doprawdy wyjątkowym roku, pod względem podróżniczym i nie tylko, miałem wrażenie
graniczące z pewnością, iż rok 2019 zapamiętam na zawsze, ale on postanowił dopisać jeszcze jedną,
wyjątkową kartę.
https://www.facebook.com/kgs.krakow/posts/291473938931973
https://www.facebook.com/permalink.php?story_fbid=2895832417212915&id=772987299497448
https://www.wisla.krakow.pl/aktualnosci/aktualnosci/wisla-nagrodzona-w-xiii-edycji-konkursu-
krakow-bez-barier

Iść dalej

Szczęścia dobre wibracje,
miejsca i wydarzenia
usłyszałem laudację,
łzy nieomal wzruszenia.

Chociaż czasem mnie nosi,
lecz być sobą się staram,
a Herkules aż prosi
by iść dalej jak “taran”.

Poprzez ludzkie słabości
i mielizny zwątpienia,

pełnie mam świadomości
wiele jest do zrobienia.

Nikt nie zrobi wszystkiego,
tak od razu, na stałe,
zamiast głaskać swe ego,
kropla niech drąży skałę.

06.07.2020r.
https://www.facebook.com/permalink.php?story_fbid=3169263376452976&id=100001080338679

https://www.facebook.com/kgs.krakow/photos/a.106441594101876/291471815598852