Podróżowania i inne wyzwania

Blog ortodoksyjnego optymisty, pełen jego pasji i niezmąconej chęci do życia

12 kwietnia 2021 Raz, dwa, trzy, kro-ku-sy.

Nie mam pewności, czy podróżą „pełną gębą” powinienem nazywać wyjazd do miejsca odwiedzanego w miarę cyklicznie, ale co tam… Z MŻ i Wieną po całotygodniowych spacerach w okolicznych parkach i cieszeniem się kwitnącymi m.in. forsycjami postanowiliśmy znów odwiedzić Gorce, z nadzieją zobaczenia tam dziko rosnących krokusów 🙂 🙂 🙂 Co u licha ma to wspólnego z wyzwaniem? Ano ma! Po dotarciu na miejsce, na okolicznych łąkach, myślę, że nie przesadzę pisząc iż: roiło się od niebieskich i białych punkcików. Super i to jeszcze jak! Natomiast skoro to góry, to rzecz jasna łąki nie są płaskie jak stół i aby stanąć oko w oko z krokusami lub tak jak nasza Wiena – nos w nos – to czekało mnie (czytaj: nas) tup, tup, tup do góry. A czym innym jest chodzenie na steperze, ba, nawet na bieżni, a czym innym tutejsza „ścieżka zdrowia” 🙂 Skoro jednak pozostaję wierny maksymie, iż nie mówię, że się czegoś nie da, dopóki tego nie spróbuję, więc spróbowałem, a towarzystwo do tego miałem najlepsze z możliwych 🙂 🙂 🙂 Jak ja krok, Wiena krok i superhero pośród elfów krok. Najpierw po kamiennych schodach, niestety po zimie i po obfitych tutejszych śniegach, eufemizmem będzie nazwanie ich lekko postrzępionymi, a jeszcze ten i ów stał się ruchomym.

https://www.facebook.com/permalink.php?story_fbid=3970996962946276&id=100001080338679

Kiedy już schody pozostały w tyle, to tak naprawdę się zaczęły 🙂 boooooo… z powodu śniegów, o których już wspominałem, każdy krok przypominał stąpanie po mocno nasiąkniętej gąbce, niewiele mając wspólnego ze stabilnością i rzecz jasna to wszystko cały czas pod górę. Dotarliśmy do upatrzonego miejsca, cała trójka szczęśliwa i dumna z siebie, a nasza sunia w pełni mogła się poczuć, jak prawdziwy pies pasterski, którym w końcu jest i basta 🙂 🙂 🙂 🙂 🙂 Asystowała mi cały czas, co najwyżej obchodząc dookoła i nawet kursowanie MŻ co rusz to do auta, to do domu, nie zachwiało psimi priorytetami 🙂 Skoro już „człowieki” miały co chciały, to chyba czas na spacer. Nie bez powodu jednak wspinacze wysokogórscy uważają, iż dotarcie na szczyt to jeszcze nawet nie połowa sukcesu, ponieważ czeka droga na dół, którą bezpiecznie trzeba pokonać. Czas spędzony w bezruchu na czterech literach niczego nie ułatwił i okazało się to zaraz po wstaniu. Nogi zdrętwiałe, a tu trzeba iść po „grząskich piaskach”, które de facto nimi nie są 🙂 Najpierw krokiem odstawno-dostawnym, potem trochę tyłem, następnie miało być odstawno-dostawnym, ale na drugą nogę, z czego wyszedł tylko piruet, a mojego Koliberka coraz więcej sił to wszystko kosztowało. Tylko Wiena zachowywała stoicki spokój, asystując nam krok w krok. Na miękkich nogach, po trosze za sprawą podłoża, a po trosze ze zmęczenia dotarliśmy dopiero do schodów. Tutaj o dziwo poza tym, że co i rusz coś spod nóg się usuwało, było lepiej i z duszą oraz sercem na ramieniu, miło było móc stanąć koło domu, a następnie klaaaapnąć 🙂 Spacer się odbył, więc wilk syty i Manchester City. Dziękuję, dziękuję!

Połknięte lektury: Bernard Minier „Siostry” Tom I i II, Marcel Woźniak „Powtórka”, Willbur Smith „Piekło na morzu”, Krystyna Mirek „Tam, gdzie serce Twoje”, Sandor Marai „Żar”.

Koniec sierpnia/początek września Dobitnie ambitnie

Tak jak już pisałem w blogu, dysponując odpowiednimi środkami mobilności, chęciami i Opatrznością, porwaliśmy się z MŻ na „szczytowanie” po niemal pionowych drogach asfaltowych u nas oraz na Słowacji, na nawierzchniach szutrowych i innych, których z perspektywy czasu bym nie polecił 🙂 Kryterium doboru było najlepsze z możliwych: MŻ od dłuższego czasu studiowała liczne opisy interesujących nas miejsc. Coś, co pozornie wydawało się najłatwiejsze, najniższe i najkrótsze, chyba naszej „trójce” najmocniej dało w kość – mam na myśli szczyt Krzywoń i tamtejszą ścieżkę edukacyjną. Choć właściwsze byłoby jej sparafrazowanie i określenie ją okryta niesławą „ścieżką zdrowia”. Szlak ten opisywany i oznaczany był jako dostępny z szeroko pojętymi wózkami, lecz na miejscu okazało się, że tylko dla tych, tak jak my, z licencją kamikadze lub spółek z o. o. Ile MŻ się „nagimnastykowała”, naszarpała i nakombinowała, to tylko my wiemy. Wielokrotnie tętno szybowało, elektryk się ślizgał, a ja zawisałem tylko na pasie bezpieczeństwa 🙁 Koniec końców owa ścieżka edukacyjna sporo nas nauczyła i już wiemy, że pomimo naszej dewizy, czyli „nie mów, że się nie da, zanim nie spróbujesz” pora dodać jeszcze: odwrót w porę nie hańbi 🙂

Zdecydowanie wyzwanie dla mnie, to spacer za wózkiem elektrycznym https://www.facebook.com/100001080338679/videos/pcb.3358576324188346/3358567914189187/

Łatwo nie było, ale ponad tysiąc kroków piechotą nie chodzi 🙂 🙂 🙂 Tylko żałuję nerwów MŻ i w tym miejscu przepraszam. https://www.facebook.com/photo?fbid=3363355303710448&set=a.877923608920309

Ktoś pewnie powie: wielki mi mecyje, ale niech to wyjaśni mojemu lękowi wysokości, brakowi oceny odległości i jeszcze paru innym supermocom 🙂 🙂 🙂 Dziękuję!

Połknięte lektury: Judith Krantz „Dopóki się nie spotkamy”, Stephen King „Misery”.

16 sierpnia 2020 Piknikowo-widokowo

O wirtualnej liście miejsc i celów pisałem na blogu i uchylając rąbka tajemnicy znajduje się na niej Kopiec Kościuszki. Po cudownej i atrakcyjnej sobocie w pełnym słońcu, tym razem padło na okolice, w której słońca mogło być nieco mniej, choć nie od razu. Podjechaliśmy pod winnice w okolicach klasztoru na Bielanach i tam elektrowozem pod klasztor i początkowo też w kierunku zoo. Skoro jednak w cieniu drzew spacerowało się tak błogo, to ominęliśmy odnogę do zoo, kierując się na Kopiec Piłsudskiego. Ostatecznie dotarliśmy na jego szczyt, rzucając wyzwanie akumulatorom i moim nogom w sandałach, bowiem aby dostać się na absolutny szczyt kopca trzeba wyjść po schodach 🙂 Udało się i dodam tylko, że na Kopcu Piłsudskiego ostatni raz byłem jeszcze za czasów harcerstwa, czyli dawno, dawno temu, w odległej Galaktyce.

10 sierpnia 2020 Zbędne kalorie i komarrrrry

Już po weselu Zuzi i Amadeusza zostały ciepłe wspomnienia i zapewne, jak to po tak sutym ucztowaniu, zbędne kalorie 🙂 Skoro na moim wyposażeniu znajduje się „elektryk”, to dlaczego by z jego pomocą nie powalczyć z nadmiernymi pozostałościami. Postanowiliśmy z MŻ połączyć przyjemne z pożytecznym, odwracając nieco role i tak to moja piękniejsza połowa zasiadła za sterami elektryka, a ja trzymając się tylnej poprzeczki rzuciłem sobie wyzwanie i maszerowałem dookoła domu. Cytując klasyka: „nie takie rzeczy ze szwagrem już robiliśmy”, choć po prawdzie szwagier tym razem miał inne zajęcie 🙂 więc ja tup, tup, tup, tup, tup dookoła domu jedno kółeczko, potem drugie i nawet trochę dalej. Abstrahując od faktu iż zwykle jestem lubiany to niestety przez komary jestem wręcz uwielbiany i stanowczo bez wzajemności, brrrrrrrrr! Pomimo że użyliśmy specyfików w sprayu te latające zmory nie odstępowały mnie na odległość skrzydeł. Kiedy już zacząłem odczuwać trudy kilkunastominutowego marszu, one zintensyfikowały swoje starania o moją krew, czym rzeczy jasna mi nie ułatwiały 🙁 Niestety miały udział w puencie mojego wyzwania, gdyż po kolejnym postoju na zaczerpnięcie oddechu na pytanie MŻ czy ruszamy dalej odpowiedziałem twierdząco, wózek ruszył, ja zrobiłem dwa kroki i poczułem, jak jeden wampir mi się wpija. Bezmyślnie oderwałem jedną rękę od poręczy chcąc go strącić lecz tym samym strąciłem samego siebie. Aż takim kozakiem nie jestem i wylądowałem na czterech literach. Nic złego na szczęście się nie stało, poza ogólną paniką otoczenia. Pierwsza z pomocą przybiegła moja ulubienica (owczarek niemiecki) Tajga. Po kilku zamaszystych od niej buziakach, u mnie został tylko powód do śmiechu, a u pozostałych, mniej odpornych na emocje, coś z pogranicza traumy 🙂 Mimo wszystko i tak było warto, kalorii troszkę zgubiłem i jest co wspominać.

Dziękuję.

25 lipca 2020 Do trzech razy sztuka

Po raz trzeci wybraliśmy się z MŻ do Doliny Kamienicy, ale tym razem z „szerszymi” zamiarami 🙂 Miało być ciut inaczej i było, bowiem ten trzeci podbój był z użyciem wózka elektrycznego 🙂 🙂 🙂 Udało się zdecydowanie, zrobiliśmy znacznie dłuższą trasę niż z pomocą smartdrive’a, ponieważ wózek całkowicie elektryczny, to inny wymiar podróżowania i zdecydowanie lepsze narzędzie do wyzwań 🙂 🙂 🙂 Nierówności oraz nieutwardzona nawierzchnia, która to do tej pory stawała nam na przeszkodzie tym razem została ujarzmiona, więc brawo my! 🙂 🙂 🙂

Dziękuję 🙂 🙂 🙂